Tegoroczne Suzuki SV650A miało przed sobą dwa zadania. Dorównać bardzo lubianemu przez użytkowników protoplaście z przełomu wieków i zatrzeć ślad po Gladiusie, który temu wybitnie nie sprostał. Sprawdzamy!

Tekst: Konrad Bartnik, zdjęcia: Robert Wiechetek

Suzuki SV650 od momentu premiery w 1999 roku stało się jednym z symboli uniwersalnego, miejskiego motocykla. Niespotykany w tej klasie dwucylindrowy silnik w układzie V i kratownicowa rama dawały posmak jazdy dużo droższą, rasową włoszczyzną. Maszyna po latach okazała się również konstrukcją prostą i niezawodną, z miejsca stając się królową rynku wtórnego. Używane SV650 bardzo często polecane jest na pierwszy motocykl dla tych, którym legendarna Honda CB500 wydaje się zbyt anemiczna.


Model ten przestał być produkowany w 2008 roku i z miejsca został ogłoszony „santo subito”. Jego następcę czekała więc ogromna presja, by sprostać legendzie. Pech chciał, że zadanie to powierzono Gladiusowi, który poza silnikiem nie miał już prawie nic wspólnego z doskonałą SV-ką.

Suzuki SV650(34)Agresywne linie zastąpiono łagodnymi falami, nieznośnymi jak wiadro budyniu waniliowego, którym to dodatkowo mocno podkarmiono motocykl. Jego masa wzrosła do 205 kg. Gwóźdź do trumny Gladiusa miał kształt litery L – swego czasu został on pojazdem egzaminacyjnym i symbolem traumy dla rzeszy motocyklistów.

Powrót antycznego króla

Rok 2016 przyniósł powrót SV650, które w Europie dostępne jest tylko w wersji z ABS-em. Wredne misie twierdzą, że to wciąż Gladius, schowany tylko za okrągłą lampą. Choć w silniku i zawieszeniu zmodernizowano łącznie ponad setkę części, w dalszym ciągu nie jest to żadne techniczne wielkie halo, do czego Suzuki niestety zdążyło już przyzwyczaić. Podobno ich dział badawczo-rozwojowy był pierwowzorem Sekcji Archeo i „jednego wielkiego wykopaliska”. Dość złośliwości, przyjrzyjmy się pacjentowi.

Suzuki SV650(20)Odbieram maszynę czarną jak ukraiński czarnoziem wymieszany z chmurami nad głową Kaddafiego, póki jeszcze mógł je oglądać. Lśniąca czerń ramy i obręczy kół sąsiaduje z matową czernią zbiornika paliwa, który to kolor nieodmiennie kojarzy mi się z mydelniczką samego Lucyfera, choć podobno jest to teraz szał szału i symbol luksusu.

Okazuje się przy tym, że to dla mnie najłagodniejszy wymiar estetycznej kary. Szybki rzut oka do katalogu i okazuje się, że robią ten wehikuł jeszcze w trzech wersjach kolorystycznych, w których tył ozdobiono wątpliwej klasy naklejkami. Ostatecznym kamieniem na szyję estety jest wersja z białym zbiornikiem i niebieskimi felgami, której brakuje tylko logo jednej z firm szyjących odzież dla troskliwych ekip, które zawsze spytają, czy masz jakiś problem.

Suzuki SV650(2)Utwierdzam się więc w przekonaniu, że pod względem stylistyki trafił mi się egzemplarz optymalny. Rzeczywiście tak jest – SV650A nie powala fajerwerkami, ale sprawia wrażenie spójnej konstrukcji. Nie wygląda niestety jak szczyt marzeń, którym był jego słynny przodek, ale szybka analiza porównawcza pokazuje, że to prawdopodobnie upływ lat i rozbestwienie mnogością dostępnych na rynku pojazdów powoduje tak chłodną ocenę. To po prostu stary dobry znajomy, który naoglądał się „Powrotu do przyszłości” i zamiast z gazetki z ogłoszeniami trafił do mnie prosto z salonu.

Budżetowy Monster

Jednym z magnesów, które mają przyciągnąć potencjalnych klientów jest próba oddania charakteru włoskich motocykli na literę D w cenie sosu do spaghetti z Biedronki. I to się moim zdaniem generalnie udało, przynajmniej z zewnątrz. Osobiście bardziej wyeksponowałbym kratownicową ramę, która ma sporo uroku, ale w oczach laika pozostanie niezauważona. Motocykl jest bardzo lekki wizualnie, co znajduje potwierdzenie po zajęciu miejsca za kierownicą. Jest co prawda tylko 10 kg lżejszy od Gladiusa, ale czuć heroiczną walkę konstruktorów o każdy gram.

3 KOMENTARZE

  1. Ciekawe masz spostrzeżenia na temat hamulców i zawieszenia. Ja mam zupełnie odwrotnie. Tak się składa ze kupiłem nowa sv’ke we wrześniu i do tej pory przejechałem nią ponad 2000 km po górskich, krętych i przyczepnych norweskich drogach. Przedni hebel jest tępy, słabo dozowalny i po prostu slaby. Brakuje siły hamowania. Na przyszły sezon, obowiązkowo miekksze klocki hamulcowe na przód. Można zapomnieć wg mnie o stoppie, bo widelec jest zbyt miękki do tego i nurkuje, choć nie dobija. Tyl działa o wiele lepiej w połączeniu z dość mocno hamującym silnikiem. Powiedziałbym ze robi podobna robotę co przód w tym motocyklu, a to niespotykane. ABSu nie udało mi się doświadczyć, chociaż próbowałem. Drogi sa chyba zbyt czyste i przyczepne w Skandynawii. Co do zawieszenia, dla mnie ideal. Waze poniżej 80 kg przy wzroście 176 cm. Udany kompromis miedzy sportem a komfortem. Pozwalający na wiele w zakrętach i dość długie przeloty bez zatrzymania. Spalanie miedzy 3,8 a 4,5 jest bardzo ok. Regularnie pozwala tankować co 290 km. Silnik i skrzynia sa mistrzowskie. Yamaha mogłaby się uczyć od Suzuki kultury pracy i precyzji skrzyni, a wiem to bo mam tez nowa Yamahe. Wyświetlacz tez jest super czytelny, nawet w ostrym Słońcu.
    Co do całej reszty zgadzam się z autorem testu, ciężko o lepszy motocykl z tego segmentu za tak niska cenę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ