Plany były ambitne – miały być Włochy, Adriatyk i co najmniej siedem dni w trasie. Ostatecznie udało się przedłużyć długi weekend i wygospodarować pięć dni, ruszyliśmy więc po prostu na południe.

Tekst i zdjęcia: Bartosz Kamiński

Po szybkim wieczornym pakowaniu, w środę 25 maja na starcie pod Lublinem meldują się dwaj motocykliści i dwa GS-y z różnych bajek – Maciek na dwa lata starszym od swojego właściciela Suzuki GS500 oraz ja na BMW R1200GS. Plan na dziś – Eger na Węgrzech. Trasa w stronę Rzeszowa przebiega szybko i spokojnie, między Rzeszowem a Barwinkiem byłoby idealnie, gdyby nie sznury ciężarówek i zakazy wyprzedzania.



Z marszu pokonujemy Słowację i lądujemy na Węgrzech, gdzie zaraz za granicą przyciągają wzrok przydomowe winnice i rozsiane po pagórkach małe cmentarze (na takich fajnie musi się leżeć nieboszczykom). Siedząc na krawężniku na stacji benzynowej zjadamy śniadanio-obiad, w Miszkolcu o włos mijamy burzę i przejeżdżając przez miejscowy kurort Lillafüred, wjeżdżamy na „przełajową” trasę przez Góry Bukowe.

Polska mile widziana

Tym razem trasa najkrótsza okazała się słusznym wyborem. Diabelnie krętą i wąską, na dodatek mokrą drogą przedzieramy się przez okolicę, którą nazwałbym węgierskimi Bieszczadami. Rzadko udaje się zapiąć bieg wyższy niż trójka, więc przejechanie około 60 kilometrów zajmuje nam około dwóch godzin. Zmęczenie daje się już we znaki, więc szczęśliwi, że możemy zsiąść z motocykli, instalujemy się w zarezerwowanym wcześniej pensjonacie i udajemy się do Doliny Pięknej Pani, by popróbować miejscowych specjałów.

Dwa GSy z różnych bajek (10)Kosztujemy słynnej „Byczej Krwi” z jednej z wykutych w skale piwniczek oraz rzecz jasna gulaszu. Sympatię do Polaków, którzy są też dla miejscowych niezłym źródłem dochodu, widać tu na każdym kroku. Na knajpach wiszą obok węgierskich polskie flagi, a kelnerzy usilnie próbują (z mizernym skutkiem) dogadać się z nami po polsku. Wracając, przypadkowo wstępujemy do małego baru, gdzie przy ostatnim piwie tubylcy uchylają przed nami arkana węgierskich wulgaryzmów, które okazują się zadziwiająco przypominać polskie.



Wiem już na przykład jak na Węgrzech nazwać zajeżdżającą drogę panią w SUVie, ale tymi tajnikami przez szacunek dla Redakcji i Czytelników się nie podzielę. Po wyjeździe z Egeru czeka nas dzień autostradowy, z czego się zbytnio nie cieszymy, bo autostrady nie są żywiołem naszym, ani naszych motocykli. Trasa do Budapesztu jest monotonna i nudna, poza tym nawigacja okazuje się prowadzić nas przez centrum miasta.

Dwa GSy z różnych bajek (7)Grzejemy się niemiłosiernie w korkach, ale cierpienia wynagradzają nam widoki z mostu Erzsébet. Po powrocie na autostradę sprzęgło w Suzuki zaczyna zachowywać się podejrzanie – ślizga przy przyspieszaniu. Nic to, jedziemy dalej. Za Budapesztem ciekawiej zaczyna się robić dopiero w okolicach Balatonu, gdzie autostrada prowadzi wysokimi wiaduktami z widokiem na majaczącą w dolinach zielonkawą taflę wielkiego jeziora.

Wstępujemy na drugie śniadanie nad brzeg Balatonu i po krótkim odpoczynku kierujemy się w stronę Słowenii. Niezbyt porywającą trasą dojeżdżamy do słoweńskiego Ptuja, gdzie będziemy nocowali w hostelu przerobionym ze starego akademika – lichym warunkom odpowiada cena – około 15 EUR za osobę. Na recepcji nie udaje się dogadać w żadnym znanym nam języku, za to później nocny stróż o aparycji bałkańskiego zakapiora wita nas płynnym angielskim.

Dwa GSy z różnych bajek (6)Ptuj, choć ma swój urok i klimat, poza zamkiem, z którego rozciąga się widok na dolinę Drawy i Ptujsko Jezero, ma niewiele do zaoferowania. Poza tym jest dość drogo, a po godzinie 21 nie ma szans kupienia niczego poza nielicznymi knajpami. Kładziemy się spać głodni, z nadzieją, że kolejny dzień będzie nieco bardziej interesujący.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!