Albania, ze swą atmosferą jak z Kairu, cudownie spokojna i harmonijna Macedonia i Serbia, o której nikt nic nie wie, a ilością piękna potrafi zaskoczyć niejednego podróżnika – ta wyprawa była niezwykła pod każdym względem.

Tekst: Rafał Betnarski, zdjęcia: Rafał Betnarski i Paweł Tarasiuk

– Oooo, jesteś punktualnie – Paweł śmieje się, kiedy zdejmuję kask. Udaję, że nie rozumiem aluzji, ale wiem, o co mu chodzi. Do Albanii jedziemy w dość nietypowym składzie – Paweł maxiskuterem Honda SW-T 400, a ja niewielkim podróżnym enduro Romet ADV250. Kolega sądził, że dotarcie na miejsce zbiórki zajmie mi znacznie więcej czasu, a tutaj niespodzianka – podróż z Częstochowy do Krakowa poszła bardzo sprawnie.

Pogoda jest znośna, choć horyzont tonie w oparach gęstych szarogranatowych chmur. Upewniamy się, że przeciwdeszczowe ciuchy mamy w pogotowiu, tuż przed granicą Słowacji decydujemy się by je założyć. Nie chodzi tyle o deszcz, co o majową temperaturę, która bywa niełaskawa dla źle ubranych motocyklistów.

Gieesy
Mały Romet próbuje udawać GS-a

Spokojnym tempem zmierzamy na południe – mój Romet ADV250 bardzo męczy się przy prędkościach wyższych niż 110 km/h, na szczęście Paweł jest wyrozumiały i ze spokojem buddyjskiego mnicha akceptuje dość niską jak na przeloty autostradowe prędkość.

Piękną, krętą drogą przez Park Narodowy Mała Fatra kierujemy się w stronę Bańskiej Bystrzycy, następnie mijamy Zwoleń i docieramy do granicy słowacko-węgierskiej w miejscowości Szahy.

Uchodźcy? Gdzie?

Mamy plan, by dotrzeć dzisiaj w okolice Suboticy w Serbii, stąd czysto tranzytowe podejście do mijanych krajów. Taka forma turystyki jest mi jednak całkowicie obca, degraduje wrażliwość na mijane krajobrazy, wypacza sens poznawania świata z perspektywy motocyklowej kanapy. Ilekroć mogę unikam autostrad. Wymyślono je dla ludzi, którzy nienawidzą podróży. Dla ich budowniczych ważne było by trwała ona jak najkrócej, czyli postępowali dokładnie odwrotnie niż każdy rozkochany w poznawaniu świata.

Węgry
Zakręcona droga od węgierskiej granicy

Z tych niewesołych rozmyślań wyrywa mnie Paweł, który daje znać bym stanął na poboczu. – Winiety! – krzyczy. – Musimy kupić winiety! Fakt, zapomniałem. Stajemy na najbliższej stacji i kupujemy matricę – opłatę za korzystanie z węgierskich dróg. Swoją drogą Węgrzy zorganizowali te opłaty w genialnie prosty sposób – sprzedawca wprowadza do systemu numer rejestracyjny i tyle. Żadnych naklejek, żadnych zbędnych procedur. Automatyczne bramki i policja skanują numer rejestracyjny i sprawdzają czy pojazd ma wykupioną winietę czy nie.

Jedziemy dalej. Testowany przeze mnie GPS Garmin Zumo pokazuje jakieś bzdury, każe skręcać w stronę centrum Budapesztu. Wyłączam dziada i jadę według drogowskazów. Cel: Szegedyn, następnie Subotica. Na granicy serbsko-węgierskiej zastajemy całkowity spokój. Nie ma śladu po dramatycznych scenach, które pokazywano nie tak dawno w telewizji. Nie widać tłumów imigrantów, zasieków z drutu kolczastego ani uzbrojonego po zęby wojska. A przecież to właśnie na tym przejściu – w Roszke – działy się dantejskie sceny, które stały się symbolem inwazji nielegalnych imigrantów na Europę.


Postanawiamy przenocować w znanym serbskim kurorcie Palić, nad jeziorem o tej samej nazwie. Durny GPS Garmin Zumo znów próbuje poprowadzić nas okrężną drogą, więc wyłączam go i zdaję się na Pawła. Już po kilku minutach jedziemy główną drogą Palicia i rozglądamy się za kwaterami.

Podwórko
Parkowanie tuż pod drzwiami? Czemu nie!

Miasteczko przypomina trochę nasz Sopot. Mnóstwo zieleni, charakterystyczne budynki i klimat uzdrowiska sprawia, że czujemy się tutaj bardzo dobrze. Gospodarz, do którego trafiamy, pozwala nam zaparkować nasze sprzęty na wewnętrznym podwórku, tuż przy drzwiach do pokoju. Przebieramy się i idziemy przy zimnym piwie i nadzwyczaj dobrej pizzy odpocząć po męczącym tranzytowym dniu.

Zachwyty tymczasowe

Następnego dnia powoli kończymy z autostradami i rozpoczynamy eksplorację zachodniej Serbii. Za Nowym Sadem  odbijamy na Valjevo – chcemy zobaczyć niezwykły Dom na Drinie, najkrótszą rzekę świata i przede wszystkim Park Narodowy Tara. Serbskie drogi przypominają z grubsza nasze, choć jak dotąd nigdzie nie widzę nawet pojedynczego patrolu z radarem. Może dlatego, że Serbowie jeżdżą dość spokojnie – ruch jest dynamiczny, ale sprawny i nie sposób uświadczyć wariata.

Bałkany Romet (71)
Ten widok powalił nas na kolana

Jadąc na czuja trafiamy na boczną, wąską drogę 170 z Valjeva do Bajiny Baszty. Tutaj Romet ADV250 udowadnia, że nie moc, a zwinność jest na krętych drogach kluczową sprawą dla jednośladu. Ze słabym, 26-konnym singlem, rządzę na ostrych winklach, gdzie głowa dosłownie obraca się wokół własnej osi. Motocykl na kilku zakrętach niemal kładzie się na asfalcie – podnóżki metalicznym zgrzytem ostrzegają przed próbami głębszego pochylania w zakręty, ale ja w amoku doznań płynących z tej pięknej drogi niemal ich nie słyszę.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!