Honda Africa Twin to motocykl, który do podróży na Białoruś jest idealny. Wybraliśmy się tam w przedłużony weekend majowy. Tytuł relacji wymyśliłem jeszcze przed podróżą. Miał brzmieć „Skansen towarzysza Łukaszenki”.

Tekst: Mariusz Ignatowicz, zdjęcia: Katarzyna Manios i Mariusz Ignatowicz

Bombardowani z polskich mediów opisami zacofanej, podobnej do Korei Północnej dyktatury nie byliśmy przygotowani na to, co zobaczymy na miejscu. A zastaliśmy wspaniały, czysty kraj, pełen śladów polskości, z zadbanymi miastami i urzekającymi, nieco może ubogimi wioskami i dziką przyrodą. Zastaliśmy kraj zamieszkany przez uśmiechniętych, niesamowicie życzliwych i chyba szczęśliwych ludzi. Ludzi dumnych z tego, że są Białorusinami.



Już na samym początku podróży zmuszeni jesteśmy zweryfikować nasze szczegółowo przygotowane plany podróży. Samo przekroczenie granicy zajmuje bowiem ponad trzy godziny, a i tak wymijamy kilkunastokilometrową (!) kolejkę samochodów, oczekujących na odprawę.

Białoruś zaskoczyła nas całkiem pustymi drogamiKu naszemu zaskoczeniu białoruscy celnicy są jednak bardzo przyjaźni i przesadnie się nie czepiają. Ogromnie dużo czasu i energii zabiera wypełnienie granicznych formalności. Trzeba tu zresztą bardzo uważać – złe dane w formularzach mogą skutkować kłopotami przy wyjeździe. Robi się późno. Krótka narada – rezygnujemy ze zwiedzania Grodna i ruszamy w stronę Nowogródka. Planujemy znaleźć tam hotel, a jako że to nasz pierwszy nocleg – nie chcemy błądzić w ciemnościach.

Drogi nudne, dziur brak

Białoruś wita nas świetnymi, całkiem pustymi drogami i długimi, przeraźliwie nudnymi prostymi. Odcinki bez najmniejszego zakrętu, pagórka czy skrzyżowania, etapy prowadzące przez identyczny las z obu stron lub identycznie wyglądające pola ciągną się przez dziesiątki kilometrów.

Po pierwszym zauroczeniu nowym krajem te długie proste będą nam już później bardzo mocno doskwierać podczas pięciodniowej podróży. Dziwi też nas brak stojących w krzakach milicjantów, polujących na naszpikowanych dolarami Polaków – przecież tak nas ostrzegano przed nimi w Polsce!

Po kilkunastu podróżach na Ukrainę jestem już przyzwyczajony do mundurowych, wymuszających od cudzoziemców pod byle pretekstem łapówki. My jednak na drogówkę nie trafiamy ani razu – do samego końca podróży spotkamy ich zresztą tylko raz, na stacji benzynowej.



Do Nowogródka docieramy zaraz po zmroku. Miejscowi szybko kierują nas do hotelu – okazuje się, że to hotel robotniczy. Niewielki, obskurny budynek położony jest w środku okropnego, postsowieckiego blokowiska. Z zewnątrz wygląda po prostu koszmarnie – oglądamy odpadające tynki, brudne, pełne dziur chodniki bojąc się, co zastaniemy wewnątrz.

W środku okazuje się jednak, że za śmieszną cenę 20 złotych od osoby mamy do dyspozycji czyściutki, schludny pokoik ze sporą łazienką. To właśnie dla Białorusi jest charakterystyczne: coś, co nawet z zewnątrz wygląda paskudnie, zazwyczaj przy bliższym poznaniu okazuje się bardzo czyste, komfortowe i urządzone wręcz z gustem. Cała Białoruś jest w ogóle bardzo schludna i zadbana, nawet w porównaniu do Polski. Podczas podróży kilkukrotnie zjeżdżaliśmy później na leśne dukty i polanki i ani razu nie natknęliśmy się na wszechobecne w naszych lasach papierowe torebki, puszki po piwie, stare opony czy choćby papierki po chipsach.

W tym niepozornym dworku urodził się nasz wieszcz
W tym niepozornym dworku urodził się nasz wieszcz

Następnego ranka zaczynamy prawdziwe zwiedzanie Białorusi. Na początek ruszamy do Muzeum Adama Mickiewicza (tam nasz wieszcz się urodził), jednak jest ono zamknięte. Budynek z daleka nie robi specjalnego wrażenia – ot, dworek jak dworek.

Rzeczywiście położony jest w przepięknym miejscu, na wysokiej skarpie. Nie widać też tłumów zwiedzających, czego spodziewamy się z powodu długiego majowego weekendu. Ruszamy zatem dalej – w kierunku jeziora Świteź, opisanego w pierwszych utworach naszego wieszcza, w znanym każdemu maturzyście tomiku „Ballady i Romanse”. Z Nowogródka jest tam kilkanaście kilometrów.

Jezioro ma swoisty klimat, trudny od razu do określenia. Emanuje nieodpartym urokiem, roztacza wokół siebie oblepiającą ciało aurę tajemniczości, chociaż do tej pory nie wiemy, co naprawdę nas w tym jeziorze tak zauroczyło.

Jezioro ma swoisty, mroczny klimat
Jezioro ma swoisty, mroczny klimat

Na pierwszy rzut oka przypomina ono dziesiątki podobnych jezior mazurskich, gdy jednak w spokoju rozbijamy piknik nad jego brzegiem, oboje z Kasią zaczynamy odczuwać ten powiew mrocznej tajemnicy. Świteź otacza gęsty, ciemny las, mimo pięknej słonecznej pogody ciemne jak smoła są również jego wody. Zastanawiamy się, na którym brzegu dwieście lat temu nasz wieszcz czerpał natchnienie.



Lodowata woda (jest początek maja) nie odstrasza mnie od kąpieli – ha, nie każdy może powiedzieć, że kapał się w Świtezi! W moim głośnym chlapaniu i parskaniu jest jednak coś niestosownego, kąpiel narusza mistykę tego miejsca – szybko wychodzę na brzeg. Jezioro tak bardzo wciąga nas swym tajemniczym pięknem i spokojem, hipnotyzuje ciemną i krystalicznie czystą wodą, że zastanawiamy się nawet nad rozbiciem tu namiotu i odpuszczeniu dziś dalszej podróży. Jest jednak dopiero początek dnia i ostatecznie decydujemy się ruszyć na dalsze zwiedzanie. Z żalem opuszczamy Świteź obiecując sobie, że na pewno jeszcze tu kiedyś wrócimy.

Krystalicznie czyste wody Świtezi

Na parkingu przy jeziorze poznajemy Tanię, miejscową motocyklistkę. Przyjechała z Mińska na pół dnia wykąpać się w najczystszym jeziorze na Białorusi – podziela naszą fascynację Świtezią. Tania poleca nam do zwiedzania zamek w Mirze, kolejny punkt na naszej mapie i zgadza się zostać naszą przewodniczką po Mińsku – zamierzamy tam dojechać za dwa dni.

1
2
3
4
5
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułJedna czwarta Afryki. Honda ujawnia mały motocykl z linii adventure
Następny artykułYamaha Tenere 700. Następca kultowej Teresy zyska całkiem nowy charakter
Z wykształcenia arabista. Z zawodu – dziennikarz od ponad 20 lat. Był m.in. korespondentem „Rzeczpospolitej” i PAP w Sankt-Petersburgu, redaktorem naczelnym „Gazety Finansowej”, a także zastępcą redaktora naczelnego „Pulsu Biznesu”. Na motocyklu lubi podróżować indywidualnie. Interesuje się kulturą Bałkanów i tam często planuje swe motocyklowe podróże. Oprócz turystyki motocyklowej uwielbia nurkowanie. Zna cztery języki, w tym arabski.

6 KOMENTARZE

  1. Bardzo ciekawa i wywazona relacja. Tez sie zastanawiam od roku nad wyprawa na Bialorus i teraz juz nie mam watpliwosci. Nawet moja shadowa sobie poradzi a najbardziej obawialem sie stanu drog. Pozdrawiam.

  2. Generalnie moje odczucia były podobne (pojechaliśmy w sierpniu). Nie zgodze się tylko z opinią na temat białoruskiej milicji. Nas kilka razu zatrzymywano, miałem wrażenie że tylko dlatego, że jesteśmy Polakami. Czepiali się absolutnie wszystkiego, byli aroganccy i miłego wrażenia nie pozostawili.

  3. Do opisu Autora chciałbym dorzucić swoje trzy grosze na temat jakości benzyny. Polecam tankowanie na stacjach koncernów rosyjskich (np. Łukoil) a nie tych białoruskich. Zdarzyły mi się z tego powodu problemy – miałem wrażenie że liczba oktanów jest nie 95 a 92 lub mniej, silnik się dławił. Dla Hondy Africa Twin którą podróżował Autor to pewnie nie ma większego znaczenia, przy bardziej wymagających motocyklach na wtrysku może to jednak być problem.

  4. Rzeczywiście drogi na Białorusi są bardzo dobre, o niebo lepsze niż nasze.Ruch mały a Białorusini jeżdżą zazwyczaj bardzo rozważnie w odróżnieniu od Rosjan.Niestety mają zwyczaj przewozić swoimi pojazdami najdziwniejsze rzeczy w najdziwniejszy sposób.Jeśli coś z samochodu zleci na asfalt z reguły głowy sobie tym nie zawracają więc trzeba uważać na leżące na drodze gdzie nie gdzie deski, cegły czy inne atrakcje.Poza tym to bardzo atrakcyjny dla motocyklowej turystyki kraj.Policja(Milicja) też mniej pazerna od ukraińskiej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!