Pomysł na szybki wyjazd w Alpy zrodził się miesiąc wcześniej gdy zwiedzaliśmy słowackie Tatry. W efekcie w jeden weekend zaliczyliśmy trzy niesamowicie piękne przełęcze, przejeżdżając 2400 kilometrów cudownymi drogami.

Tekst i zdjęcia: Radosław Zgrzędek i Mateusz Musioł

Dwa tygodnie przed wyjazdem zaczęliśmy prowadzić pierwsze poważne rozmowy na ten temat. Plan był następujący – pojechać w weekend, pierwszy dzień poświęcić na spokojny dojazd, przespać się, w drugi dzień zaliczyć Grossglockner, wieczorem odwiedzić okoliczną mieścinę turystyczną Kaprun i w trzeci dzień wrócić do domu.



Z czasem jednak plany ewoluują. Gdy oglądam mój ulubiony program Top Gear trafiam na wzmiankę o Stelvio Pass, podobno jednej z najpiękniejszych i najniebezpieczniejszych dróg świata. Spoglądam na mapę – okazuje się, że jadąc tam z Grossglocknera dołożylibyśmy 280 km. Później przyszedł czas na słoweńskie Mangartsko Sedlo, którą przypadkiem znajdujemy z Mateuszem na Youtube. 3Plan staje się jasny: trzy dni, trzy kraje, trzy piękne alpejskie przełęcze, 2400 kilometrów i dwaj kumple na motocyklach. Razem z Mateuszem jeździmy Suzuki SV650, ja w wersji z owiewkami, on na nakedzie. Wszystko ustalamy na 2 dni przed wyjazdem, nocleg mamy załatwiony jedynie pod Grossglocknerem, a po trasie miała nas prowadzić głównie pamięć. Liczyliśmy na odrobinę szczęścia po drodze oraz na to, że wyprawa planowana spontanicznie, stanie się świetną przygodą.

Start w pośpiechu

Umawiam się z Mateuszem o 8:30 na stacji benzynowej przy zjeździe na autostradę w Wodzisławiu Śląskim. Ledwo wyjeżdżam z domu, już łapię małą awarię – wykrusza się magnes czujnika prędkościomierza w przednim kole. Na szczęście kiedyś zabezpieczyłem się przed tą – częstą w Suzuki SV awarią – kupując nowy magnes. Wymiana zjada nam jednak ponad godzinę. W trasę wyruszamy dopiero o godzinie 10:00. 1 Po kilkugodzinnym, raczej monotonnym maratonie przez czeskie autostrady, docieramy do Mikulova, gdzie kupujemy austriackie winiety. W centrum mijamy piękny zamek, a kawałek dalej, tuż przed austriacką granicą, naszym oczom ukazują się klimatyczne winnice. W Wiedniu, po kilku przejechanych zjazdach orientujemy się, że przegapiliśmy ten, który prowadził w stronę Salzburga. Zatrzymujemy się, po raz pierwszy wyciągamy mapę, sprawdzamy jak jechać dalej i wyruszamy w dalszą drogę.

Trasa jest dość monotonna, przejeżdżamy ponad 300 km autostradą i zatrzymujemy się na stacji benzynowej 70 km od Salzburga. Uzupełniamy zbiorniki do pełna, jemy obiad w miejscowym McDonaldzie i wracamy na trasę. Korzystamy z następnego zjazdu na autostradzie, po czym, po kilkunastu kilometrach, dojeżdżamy do naszego pierwszego celu, miasteczka Gmunden.

2Gmunden leży nad jeziorem Traunsee i architekturą przypomina przybrzeżne miasteczka Morza Śródziemnego. Charakterystycznym dla niego miejscem jest kościół na wodzie, który z lądem połączony jest jedynie drewnianym mostem. Dookoła okolice zdobią natomiast piękne wysokie góry – pierwsze alpejskie widoki na naszej trasie.

Czas nas nagli, wyruszamy zatem w dalszą drogę. Jest już godzina 19:00, o której planowaliśmy dojechać do miejsca noclegu, a przed nami wciąż dwie godziny jazdy. Wszystko przez poranną awarię, korki w Czechach i fakt, że zgubiliśmy się pod Wiedniem.



Jedziemy wzdłuż Traunsee przez kilkumetrowe kręte tunele i serpentyny podziwiając niesamowite widoki. Niestety – radość nie trwa długo bo kilkadziesiąt kilometrów dalej znowu się gubimy. Szybko korzystamy z telefonowej nawigacji i pędzimy dalej. Kolejny postój mamy 40 kilometrów od autostrady A10. Jeden znak kieruje nas na Villach, drugi na Salzburg, nie mamy pojęcia w którą stronę powinniśmy jechać, a telefon Mateusza się rozładował. Zaczepiam miejscowego mieszkańca z zapytaniem o drogę, a on nas kieruje na Villach. 6Robi się ciemno. Pełna zakrętów i serpentyn droga nr 166 ma swój urok w dzień, ale nocą robi się niebezpieczna. Niedaleko wjazdu na A10 napotykamy na korek. Podjeżdżamy na początek. Wdaję się w rozmowę ze strażakiem i dowiaduję się, że za zakrętem był wypadek, dwa samochody się zderzyły a młoda dziewczyna walczy o życie. Zostajemy również poinstruowani jak dojechać do naszego celu – Fusch am Grossglockner. Wjeżdżamy w końcu na autostradę i narzucamy ostre tempo by nadgonić stracony czas. Około 23:00 docieramy do celu – pensjonatu Imbachhorn prowadzonego przez Polaków. Zostajemy mile ugoszczeni po czym udajemy się spać.

3 KOMENTARZE

  1. Wyprawa młodziaków. Przy całym szacunku dla przygody, przypomina mi to wybranie się na piękny bankiet, szybkie nałykanie kawioru, podlanie biegusiem flaszką szampana i chodu do domu.
    Nie lepiej mniej, wolniej i smakować?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!