Plan eskapady po Korsyce rodzi się spontanicznie podczas spędzania urlopu na wyspie. Co prawda dotarłem tutaj samochodem ale cudowne drogi, urzekające krajobrazy i wszechobecne motocykle budzą duszę bikera.

Tekst i zdjęcia: Kamil Maziarek

I tak oto trzeciego dnia moich wakacji „profesjonalnie” wyposażony w tenisówki, dżinsy, t-shirt i plecak wyruszam na poszukiwania wypożyczalni motocykli. Robię szybkie rozeznanie po Saint Florent – ładnym spokojnym mieście z dużą liczbą restauracji i ładną przystanią, która wieczorową porą upodabnia to miasto do Saint Tropez.

Błądzę w gąszczu skuterów 50 i nakedów 250, na które nie zwracam uwagi. W końcu znajduję coś ciekawego –  motocykl, który z wyglądu przypomina skrzyżowanie szosówki z enduro, Yamahę XT660R. Idealnie będzie się nadawał na moją wycieczkę.

Chłonąc kilometry

Wyjazd z Saint Florent

Startuję z Place des Portes, centrum życia miejskiego Saint Florent. Do dyspozycji mam tylko jeden dzień. Objechanie całej Korsyki wzdłuż i w szerz nie wchodzi w grę. Wybór pada na przylądek górnej części wyspy zwany Cap Corse. Prawie cała trasa wiedzie wzdłuż wybrzeża, wyłaniając turkusowe zatoczki. Przejeżdżam przez mniejsze i większe miasteczka. Już kilka kilometrów po starcie zaczynają się ładne widoki.

Wschodnie wybrzeże, w tle widoczna Bastia

Wschodnie wybrzeże jest prawie płaskie. Oswajam się z motocyklem podziwiając widoki. Wjeżdżam do Bastii, portowego miasta uważanego za stolicę górnej Korsyki. Miasto nastawione jest bardziej na handel niż na turystykę, jednak przemysł nie wpłynął zasadniczo na jego atmosferę.

Gdzieś na wschodnim wybrzeżu

Traktuję je czysto tranzytowo, wpadam na czteropasmową wylotówkę prowadzącą do tunelu pod miastem. Po kilkunastu kilometrach turystycznej przejażdżki po wyjechaniu z zatłoczonej Bastii odkręcam manetkę. Stromy leśny podjazd, chłodniejsze powietrze i długie łuki zachęcają do dynamicznej jazdy.

Przejazd przez las w drodze powrotnej z Macinaggio

Po wyjechaniu z granicy lasu moim oczom ukazują się piękne nadmorskie pejzaże oraz półkoliste zatoki pełne białego piasku i przeźroczystej wody. Chłonę widoki, kilometry. Zjeżdżam na punkt widokowy, gdzie znajduje się mapka półwyspu i obieram trasę zjazdu wprost do pierwszej zatoczki.

Wyjazd z Macinaggio

Po drodze robię zakupy w napotkanym supermarkecie. Podczas wyjazdu z parkingu zaliczam małą przewrotkę gdyż w natłoku wrażeń zapominam o ściągnięciu blokady przedniego koła i ląduję na masce VW garbusa stojącego na parkingu… Obywa się bez awantur. Zbieram się z pomocą uśmiechniętego właściciela, zdejmuję blokadę i ruszam dalej.

W góry miły bracie

Zjazd do Macinaggio

Dojeżdżam do pierwszej zatoki. Chwila przerwy jedzenie, korzystam także z szybkiej chłodzącej kąpieli – temperatura waha się w granicach 35 stopni. Ruszam dalej w drogę. Kolejny podjazd pod górę i kolejne zatoczki – ciesząc się jazdą zaliczam po kolei prawie wszystkie.

Szybka kąpiel

Dojeżdżam do punktu widokowego. Parkuję motocykl i spaceruję pod wiatrak Moulin Matei. Mimo lekkiej zadyszki udaje mi się dotrzeć na szczyt. Rozpościera się stąd piękny widok na zachodnie wybrzeże półwyspu oraz północny kraniec Cap Corse. Pstrykam fotki i wracam do motocykla.

Widok na port w Centurii spod Moulin Mattei

Zaczynają się góry. Droga robi się wąska i bardzo kręta. Wiedzie nad przepaściami, od których dzieli ją tylko niski murek, który stoi w dodatku tylko w niektórych miejscach. W połowie drogi kończy się asfalt. Ostre zakręty i wymijanie samochodów wymuszają zwolnienie tempa. Czekam aż jakiś zagubiony autobus wyrobi się po trzeciej próbie pokonania zakrętu i jadę ostrożnie dalej. Trasa w tym miejscu robi niesamowite wrażenie.

Górski odcinek zachodniego wybrzeża

Po chwili pojawia się gładki nowy asfalt, znów przyśpieszam. Kręte zjazdy są rewelacyjne. Dojeżdżam do miasteczka Nonza, położonego na urwistym skalnym cyplu. W dole widać charakterystyczną czarną plażę, z bielejącymi napisami ułożonymi z kamyków – imiona, wyzwania miłosne i symbole…

Zdjęcia co krok

Czarna plaża pod Nonzą

Plaża ta swój kolor zawdzięcza łupkowi naniesionemu z pobliskiej, zamkniętej już kopalni. W połączeniu z turkusową wodą jest bardzo malownicza. Jest zupełnie pusta, nie widać nawet pojedynczych spacerowiczów. W tym miejscu robię kolejny przystanek skąd podziwiam krętą przebytą drogę. Zwiedzam targowisko na miejscowym placu i powracam z powrotem do Saint Florent.

Dojazd do Nonzy, w dole czarna plaża

Choć cała trasa liczy tylko 160 km to objechanie jej zajmuje mi 8 godzin. Zjazdy do zatoczek, przerwy na pstrykanie fotek… Czasami zatrzymuję się co kilkadziesiąt metrów by zrobić kolejne zdjęcie. Pochłania to całe popołudnie. Uzupełniam stan paliwa i oddaję maszynę do wypożyczalni z wielkim bananem na twarzy. Właściciel bez słów rozumie, że jestem zadowolony.

Mapa sytuacyjna Cap Corse na punkcie widokowym

Jechałem wzdłuż wybrzeża przez turystyczne miejscowości, przez górskie senne wioski, przez kilkusetletnie lasy i przede wszystkim rewelacyjne widokowo drogi. Mimo iż trochę w pośpiechu, to zdołałem odwiedzić większość wspaniałych miejsc leżących na trasie mojego przejazdu. Korsykańskie podjazdy przylądka nie są ekstremalne, każdy, nawet początkujący motocyklista bez problemu objedzie tę trasę.

Kamil Maziarek, autor relacji

Wyprawę po wyspie będę wspominać do końca życia. Półwysep Cap Corse to taka Korsyka w miniaturze. Przeczytałem dziesiątki relacji, pooglądałem setki zdjęć ale rzeczywistość i tak przerosła moje oczekiwania. Pęd powietrza, lawirowanie między serpentynami, zapach morza – tych doznań nie odda żadna relacja.

1 KOMENTARZ

  1. Kompletna bzdura. Jestem 4x na Korsyce.Pobyty miesieczne.Cap Corse jest piekny to fakt…ALE TO ZADNA MINIATURA KORSYKI .Z motocykla to g..o widac.Polecam trasy piesze w okolicach Corte i np Campomoro..

ZOSTAW ODPOWIEDŹ