Alpy – piękne, majestatyczne góry w środku Europy i mekka motocyklistów. O tym, że muszę tam pojechać, zobaczyć, dotknąć, poczuć klimat prawdziwych wysokich gór wiedziałem odkąd tylko wsiadłem na motocyklową kanapę. 

Tekst i zdjęcia: Piotr Gierasiński

Po wymianie poczciwej Yamahy Virago 750 na Hondę Varadero XL 1000 zacząłem dalsze wyjazdy. Był zatem Grossglockner w 2010, była Czarnogóra, która też zawsze chodziła mi po głowie. Swoje marzenie dane mi było spełnić dopiero w tym roku. Alpy postanawiam zdobyć zaraz na początku wakacji, bo dni wtedy są najdłuższe i wszystkie przełęcze są już otwarte.

Zaraz po uczczeniu sukcesów naukowych najmłodszej córki wsiadam na motocykl i tnę w kierunku południowej granicy. Nocuję w Mszanie tuż przy autostradzie.

Chmurne powitanie

Nockalm Hochalpenstrasse
Wczesnym rankiem zjadam szybkie śniadanko i dziduję autostradą na Brno. Za Wiedniem zjeżdżam z autostrady na ekspresówkę, która standardem wcale nie odbiega od poprzedniej. W Judenburgu zaczynają się alpejskie zawijasy. Wczesnym wieczorem jestem już na południowym krańcu Nockalm Hochalpenstrasse. O tej porze za przejazd nic już nie płacę, zaś trasa jest zupełnie pusta. Niestety – wszystko na trasie jest zamknięte a pogoda mnie nie rozpieszcza. W Innerkrems odnajduję zarezerwowany wcześniej nocleg. Jestem jedynym gościem w całym pensjonacie. Wybieram sobie pokoik na samym dole, żeby nie dźwigać bagaży po schodach. Kolacja, dwa piwka i spać.

Pierwszy alpejski poranek nie wita mnie zbyt ciekawie. Zza ciężkich, ołowianych chmur nie widać alpejskich szczytów a w dodatku leje deszcz. Podczas pakowania motocykla zarzucam kurtkę na mocno przemoczoną już bieliznę, przytraczam cały ekwipunek i z nietęgą miną walę na śniadanie.

Przy drugiej bułce z masłem i żółtym serem widzę już przebijające przez chmury słoneczko, a kawkę piję już uśmiechnięty od ucha do ucha. Chmury chowają się za górę i to w przeciwnym kierunku niż moja dzisiejsza trasa, a słoneczko ładnie suszy gotowy do drogi motorek. Opuszczam pensjonat i nucąc pod nosem, jadę w kierunku Malta Alpenstrasse – kolejnego punktu mojej wycieczki.

Kierunek – Dolomity

Droga do Cortiny D'Ampezzo
Malta to niezbyt długa, ale bardzo malownicza trasa z mnóstwem wodospadów spadających niekiedy prawie na asfalt, zakończona wysoką tamą i jeziorem zaporowym. Robię mały spacerek po tamie marznąc przy tym niesamowicie, pykam kilka fotek i już jestem w siodle gotowy do dalszej drogi. Cel dzisiejszego dnia to Dolomity. Mam już zarezerwowany hotelik kilka kilometrów za Cazanei, więc mogę śmigać do późna nie martwiąc się o nocleg.

Jadę austriacką drogą 111, zwaną też Karnische Dolomitemstrasse, mijając urocze alpejskie wioski i rolników pracujących przy sianokosach. W Silan wjeżdżam do Włoch i po kilku kilometrach skręcam na Cortinę d’Ampezzo. Przede mną roztaczają się jasne szczyty Dolomitów.

Cortina to pięknie położony włoski kurort narciarski, w którym w 1956 roku odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie. Na przedmieściach zatrzymuję się by zrobić kilka fotek. Miły pan sprzedający owoce z ciężarówki wskazuje mi odległe o kilka kroków wzgórze, z którego rozciąga się fantastyczny widok. A ja nawet banana od niego nie kupiłem – taki podły jestem.

Kilka kilometrów za Cortiną zdobywam pierwszą w Dolomitach przełęcz Falzarego (2117 m.npm.). Po niej zjeżdżam w dół i kieruję się na Passo Pordoi (2239 m. npm.).

Od przełęczy aż gęsto

Passo Falzarego
Nie da się nie zauważyć infrastruktury narciarskiej. Mijam mnóstwo wyciągów i wiaduktów, którymi trasy narciarskie krzyżują się z drogą. Na zjeździe daję troszkę mocniej w palnik. Ładnie wyprofilowane zakręty i nowiutki asfalt aż się prosi by mocniej odkręcić. Po nocy spędzonej w hotelu wracam na alpejskie drogi. Na pierwszy ogień idzie Passo Fedaia (2052 m. npm.). Zaliczam, robię kilka fotek i wracam tą samą trasą do Cazanei. Objeżdżam dookoła masyw Sella przełęczami Pordoi, Campolongo, Gardena i Sella. Dolomity to pojedyncze bloki skalne wrastające z zielonych, trawiastych pagórków.

Opuszczam Dolomity i przez Vipiteno kieruję się na przełęcz Giovo. Wznosząca się na 2094 m. npm. droga jest piękna i ma szybkie zakręty z widokiem na okoliczne góry.

Za Merano na drodze robi się tłoczno. Jazda staje się męcząca. Kwateruję się na dwie noce w Mals w pokoju z widokiem na pokryte śniegiem szczyty gór. Między nimi leży jeden z głównych celów wyjazdu – przełęcz Stelvio, na którą prowadzi legendarna droga składająca się z 48 agrafek. Ale to dopiero jutro. Dzisiaj piwko i spać.

Motocyklowy święty graal

Passo dello Stelvio
Mocno podekscytowany wyjeżdżam ciasnymi uliczkami z Mals. Przede mną legendarna Stelvio. Obejrzałem w sieci chyba wszystkie motocyklowe filmy z przejazdu tą trasą. Wreszcie jadę zmierzyć się z nią osobiście. Jest piękny słoneczny poranek a ja zaliczam pierwszy ostry zakręt, Trzeba przyznać, że nie jest łatwy, a rozpakowany motocykl prowadzi się zupełnie inaczej niż objuczony bagażami, a do takiego się przyzwyczaiłem przez ostatnie dni. Wystarczy tylko popatrzeć nie tam gdzie by się chciało jechać i może być problem ze złożeniem w winkiel.

Początek trasy, jak to zwykle bywa, prowadzi przez las. Patrzę więc dokładnie tam, gdzie chcę jechać, czyli na zakrętach praktycznie za siebie. Po wyjechaniu ponad górną granicę lasu oczom ukazuje się jednak tak piękny widok, że nie da się kontynuować jazdy bez przystanków, na których trzeba nacieszyć wzrok pięknem krajobrazu. Surowe majestatyczne skały pokryte jeszcze resztkami śniegu, zawieszone między błękitem nieba a zielenią lasu oraz zygzak trasy wciskający się wysoko gdzieś w tą bezkresną skalną otchłań, cieszą swoją urodą ale budzą także respekt i szacunek. Patrzeć na to wszystko można bez końca ale zew przygody każe jechać dalej i wyżej.

Wsiadam na motocykl. Na zmianę cieszę się pięknem krajobrazu i radością zdobywania trasy. Pokonywanie tych wymagających zakrętów od razu mnie wciąga i sprawia ogromna radość. Zjawiam się na szczycie przełęczy nim zdążę się nimi dobrze nacieszyć. Tam urzeka mnie, że jestem prawie na równej wysokości z otaczającymi szczytami. Żeby zbliżyć się jeszcze bardziej do tych pięknych gór wjeżdżam na taras widokowy przy restauracji Tybet. Nie jestem tu sam – motocykli jest tyle, że trudno się przecisnąć. Robię spacer po przełęczy, kupuję naklejkę na kufer i jadę dalej.

Dalej od komercji

Passo di Gavia
Zjeżdżam włoską SS38 do Bormio, a potem znów pod górę na Passo Gavia. Od początku podjazdu czuć, że Gavia nie jest tak komercyjna jak Stelvio. Mały ruch, wąziutki spękany asfalt, a do tego wije się ona mniej ostrymi zakrętami i nie jest tak wysoka. Czuć za to dużo większy kontakt z dziką naturą.

W polu widzenia nie ma nikogo. Od czasu do czasu mija mnie pojedynczy samochód lub mała grupka motocykli, która szybko znika za zakrętem. Po wyjechaniu ponad las droga wije się między dziewiczymi skałami. Nikogo więcej – tylko ja, nieokiełznane wysokie góry i zimne, niemal lodowate powietrze wciskające się w każdą szczelinę kombinezonu i szczypiące w nos przez uchylony wizjer. Wczorajsze pełne rowerzystów, motocyklistów i kamperów Dolomity wydają się potulnym barankiem w porównaniu z agresywnymi górami Parku Narodowego Stelvio. W siodle przełęczy zastaje grupkę chuchających w dłonie motocyklistów. Parkuję i udaję się na wzniesienie, na którym stoi ołtarz i figura Świętej Panienki. Wygląda na to, że są tu odprawiane msze. Zatrzymuję się jeszcze przy krzyżu stojącym na brzegu zamarzniętego jeszcze jeziorka, chwila refleksji i zjeżdżam w dół.

Z każdym kilometrem robi się coraz cieplej. Droga do Tirano, mimo że lekko zakręcona, wydaje się troszkę nudnawa. Z Tirano kieruję się na Passo Bernina. To przejezdna cały rok przełęcz między włoskim Tirano a szwajcarskim St. Moritz, przez którą biegnie też szlak, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO, Kolei Retyckiej. Nie udaje mi się jednak zobaczyć słynnego Bernina Expres. Wjazd na Passo Bernina to szerokie, dobrze wyprofilowane i łagodne jak na alpejskie standardy zakręty.

Passo Bernina
Nie ma tu tego zadziornego smaczku przygody, który towarzyszy mi na mniej uczęszczanych i bardziej ekstremalnych przełęczach. Wjeżdżam na Berninę od strony Tirano nie zachwyciła mnie zbytnio wiec postanawiam odpuścić sobie zjazd do St. Moritz i wrócić do hotelu przez Livigno. Livigno to położony w dolinie o tej samej nazwie włoski kurort narciarski, który mieści się na terenie strefy bezcłowej. Benzyna kosztuje tu 1,1 euro ale tunel, który łączy tą dolinę ze Szwajcarią, już całe 10 euro. Zaliczam jeszcze po drodze Ofenpass i ląduję w hotelu.

Oczy pełne Alp

Wieczorem okazuje się, że padła karta pamięci w kamerce i mało co się nagrało. Na szczęście podjazd i zjazd ze Stelvio jest. Dzisiaj już na dobre opuszczam Mals, ale nie jadę na Stelvio. Skręcam do Szwajcarii i przez Ofenpass obieram kierunek na St. Moritz. Zjeżdżam potem z głównej drogi, kierując się na Albulapass.

Albullapass
Droga na przełęcz jest podobna to tej na Passo di Gavia, może jeszcze bardziej surowa. Ruch jeszcze mniejszy, na samej przełęczy zastaję kilku rowerzystów, a mijane samochody policzyć można na palcach jednej dłoni. Nie można jednak powiedzieć, że jest pusta –  gdzie się nie obejrzę, widzę krowy.

Na zjeździe droga krzyżuje się kilka, może nawet kilkanaście ze wspomnianą już Retycką Koleją. W pewnym miejscu, widać takie zagęszczenie wiaduktów i tuneli, że nie wiadomo, gdzie ta układanka się zaczyna a gdzie kończy. Udaje mi się zobaczyć czerwony Bernina Express, ale tylko chwilę. Znika gdzieś w tunelu i więcej się nie pokazuje.

Z Thusis w kierunku Splugen i Bernardino jadę bardzo ładnie położoną trasą. Momentami w bardzo wąskim wąwozie. Krajobraz mnie urzeka. Droga i strumień wciśnięte między wysokie skalne ściany.

Droga Thusis-Splugen
Jest naprawdę pięknie. Skręcam na Splugenpass. Zaraz nad górną granicą lasu zaczyna się długa prosta w głąb doliny. Przycinam 150 km/h. Pierwszy ostry nawrót w prawo i zaczyna się stroma drabinka pod górę. Nawroty są niemal tak ostre jak na Stelvio.

W wilgotnym powietrzu roznosi się dźwięk krowich dzwonków. Te spokojne zwierzaki pasą się na bardzo stromych, wysoko położonych zboczach. Z każdym metrem wznoszenia się zagęszcza się też mgła. W samym siodle przełęczy widoczność spada do kilkudziesięciu metrów. Krótki spacerek, kilka fotek i zjeżdżam z powrotem na szwajcarską stronę.

Parę kilometrów wzdłuż autostrady i już jestem u stóp przełęczy St.Bernardino. Autostrada znika w kreciej dziurze pod górą, a ja ostrymi serpentynami ciasno zwiniętymi między świerkami pnę się na przełęcz. Pogoda rześko deszczowa. Po wyjechaniu powyżej lasu deszcz mocno tłucze po kasku. Przełęcz położona jest na płaskiej przestrzeni usłanej skalnymi głazami. Zatrzymuję się na chwilę przy jeziorku.

Passo San Bernardino
Deszcz i bardzo słaba widoczność nie zachęcają do spacerów. Kupuję więc naklejkę i zlatuję do Belinzony. Nabywam winietkę i autostradą przycinam na Ariolo. Przede mną pierwsza noc pod namiotem. Kemping odbiega klimatem od znanych mi chorwackich czy nadbałtyckich obiektów. To raczej nocleg tranzytowy dla zmierzających na południe Europy kamperów niż punkt stałego wypoczynku.

Straszliwa Tremola

Budzę się rześki i wyspany. Jest super pogoda, na błękicie nieba pojedyncze wysoko płynące cumulusy. Przede mną wielka czwórka szwajcarskich przełęczy: Gotthard, Furka, Grimsel i Susten. Na pierwszy ogień idzie przeprawa, która śni mi się po nocach – Tremola. Do 1830 roku, kiedy to przebudowano ją na drogę, była wąska krętą ścieżką biegnącą od południowej strony przełęczy św. Gottharda. W promieniach porannego słonka wyjeżdżam ponad Ariolo. Za mną piękny krajobraz doliny, plątanina dróg i węzłów komunikacyjnych, przede mną jedna z najbardziej znanych alpejskich przełęczy, przełęcz św.Gottharda. Można ją pokonać na cztery sposoby.

Pierwszy sposób to kupić bilet na pociąg, drugi  – przejechać tunelem z prędkością 100 km/h, trzeci to ukończona w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku droga nr 2 i wreszcie czwarty – wybrukowana granitową kostką Tremola. Krajobraz widziany z drogi, jak i sama  Tremola zabijają mnie swoim pięknem. Troszkę ponad Airolo wyjeżdżam ponad górną granicę lasu i zaczyna się bajka.

Tremola
Chyba na żadnej przełęczy nie spędzam tyle czasu co tu. Głaskam konia na którym siedzi św. Gotthard, spaceruję miedzy straganami i upajam się pięknem otaczającego mnie świata. Zaraz po ruszeniu z głównego punktu przełęczy zmuszony jestem się zatrzymać. Z przeciwka dumnie wkracza na przełęcz zaprzęgnięty w pięć koni dyliżans pocztowy a w nim pasażerowie ubrani w stosowne stroje, tego widoku nie mogłem przegapić.

Tremola biegnie jeszcze kilka kilometrów przez przełęcz po czym łączy się z nową drogą. Kręcąc mocno manetką dojeżdżam do skrzyżowania w Hospental i daję w prawo na Furkapass. Droga na Furkę jest prawie tak szybka jak nowa droga na Gottharda, ale dużo bardziej niebezpieczna. W dużej jej części asfalt od kilkudziesięciometrowego urwiska oddzielony jest tylko rzadko ustawionymi plastikowymi lub betonowymi słupkami. Niestety – pojawia się coraz więcej chmur, w których zatapiają się strzeliste szczyty. Po przełamaniu się drogi pojawia się przepiękny widok na podjazd pod Grimselpass. Trasa pięknymi wywijasami opada w dół, by szybko się przełamać i wspiąć się znowu w górę na na kolejną przełęcz.

Widok z Furka na Grimsel
Na przemian mam przed sobą Furkę i Grimsel. Furkę widać w pięknym słońcu natomiast Grimsel zatopiony jest w białym cumulusie, który z daleka wygląda nawet nieźle, ale od środka już nie za specjalnie. Im wyżej się wspinam, tym wyraźniej widzę jak przez przełęcz przedzierają się kłęby spiętrzonej mgły. Na przełęczy oglądam świstaki bo krajobrazu niestety nie widać. Musze zjechać troszkę w dół by moim oczom znowu ukazały się alpejskie pejzaże. Niestety widać tylko połowę krajobrazu, bo trochę powyżej linii drogi wszystko zatopione jest w białym obłoku. Tak niestety wygląda cała trasa między Grimsel a Susten choć i tak jazda drogą wykutą w skalnym zboczu z licznymi tunelami daje dużo frajdy.

Wracam z powrotem na Gottharda. Do 1200r.n.e. przełęcz św. Gottharda nie była wykorzystywana komunikacyjnie ze względu na niedostępność tego właśnie miejsca. Strome skalne ściany ciasnego wąwozu i wartko spływający kaskadami strumień tworzyły na ówczesne czasy barierę nie do przebycia. Dopiero w XI w. udało się zbudować tu przeprawę, która otworzyła drogę na przełęcz św. Gottharda.

Teufelbrucke
Zbudowanie tu mostu było wtedy niesamowitym wyczynem. Niektórzy twierdzili, że nie udałoby się to bez pomocy diabła. Stąd właśnie nazwa najbardziej znanego motstu na tej trasie Teufelsbrucke  – Diabelski Most. Jest tam oznakowana ścieżka widokowa, która częściowo biegnie wykutym w skale tunelem. Spływający po ogromnych głazach, bardzo głośno grzmiący i rozpylający w powietrzu zimną, wilgotną bryzę strumień i szarpiący za ubranie bardzo silny przeciąg podnoszą atmosferę majestatyczności i niedostępności tego miejsca. Do tego cały czas mam w głowie, że gdzieś w tych skałach biegnie jaszcze ponad szesnastokilometrowy autostradowy tunel.

W stronę Bernarda

Pokonuję jeszcze raz Św. Gottharda, tym razem nową drogą. Przełęcz zatopiona jest teraz we mgle, ale południowe zbocza toną już w słońcu. Z drogi widać położoną na przeciwległym zboczu Tremolę. Robię zakupy w markecie (otwarte do 17.30) i jadę na kemping. Dziś był wyjątkowo krótki etap, ok. 160 km, więc mam sporo czasu na piwko i piknik.

Rano jadę tranzytem do Aosty z planem zaliczenia po drodze dwóch przełęczy. Pierwsze kilka kilometrów jadę autostradą, potem podjazd na Passo della Novena. Piękna pogoda, szybka fajna nowa trasa wspina się wysoko na 2478 m. npm. – 47 metrów wyżej niż Furka i 370 wyżej niż Gotthard, przez co śniegu jest dużo więcej, a zaspy najwyższe na całej wycieczce. Na podjeździe nie da się nie zauważyć stalowych konstrukcji słupów energetycznych  – co chwila przejeżdżam pod grubaśnymi przewodami, dla mnie z racji zawodu to ciekawe zjawisko, ale w tych okolicznościach przyrody nie musi się podobać.

Wielka przełęcz św. Bernarda
Zaraz za po minięciu przełęczy i wjechaniu w dolinę zatrzymuję się przy moście linowym. Robię po nim spacerek i dalej w siodło. Konstrukcja jest dużo solidniejsza od mostu, który oglądałem w Czarnogórze i nie nie miałem tyle odwagi by na niego wejść. Jadę drogą nr 9 na zachód. Po prawej stronie mam Alpy Berneńskie, po lewej, Alpy Pennińskie ze słynnym Matterhornem – najbardziej znaną, choć nie najwyższą górą Szwajcarii.

Pierwsza połowa drogi prowadzi mnie przez szwajcarskie wsie i miasteczka, na drugiej wpadam na autostradę, żeby trochę przyspieszyć. W Martigny zjeżdżam z niej i kieruje się w na Wielką Przełęcz św. Bernarda – jedną z najbardziej znanych i najstarszych alpejskich przepraw. Droga, jak i sama przełęcz bardzo ładne. Na szczycie malownicze jeziorko, kilka budynków, sklepików z pamiątkami, no i oczywiście pomnik św. Bernarda. Wszystko otoczone malowniczymi szczytami.

Zjeżdżam do Aosty, tu już prawie śródziemnomorski klimat. Wbijam się na kemping. Przy piwku i jedzonku oddaję się błogiemu lenistwu. Klimat kempingowy to jest to, co dla mnie bije na głowę wszystkie hotele i pensjonaty. Kemping jest bardzo sympatyczny ładnie zadrzewiony. Cena – 13 euro za noc z elektrycznością, plus 0,5€ za kąpiel. Wifi jest w cenie ale zdycha po zamknięciu recepcji o 22.00.

Biała Góra

Widok na Mont Blanc
Plan dzisiejszego dnia to podjechać jak najbliżej Mont Blanc. Potem Mała Przełęcz św. Bernarda i Route Grandes Alpes do Briancon.
Jadę lokalną droga w kierunku tunelu pod Mont Blanc. Droga w większości biegnie przez teren zabudowany. Ruch jest dość spory więc ze śmigania raczej nici. Krajobraz po prawej i lewej stronie też niezbyt ciekawy, ale co chwila pojawia się przede mną widok białej góry a to dodaje skrzydeł.

Podjeżdżam pod sam tunel, patrzę chwile na Białą i pakuję się na Małą przełęcz św. Bernarda. Podjazd po włoskiej stronie jest remontowany, wszędzie wykopy, koparki i wywrotki co oznacza dużo piachu na asfalcie. Dopiero wysoko ponad ponad górną granicą lasu można ostrzej odkręcić manetkę i cieszyć oko krajobrazem. Na przełęczy sporo budynków rozciągniętych na sporej odległości. Na końcu po francuskiej stronie stoi pomnik bardzo podobny do tego na Wielkiej Przełęczy św. Bernarda. Ciesząc oko krajobrazem zjeżdżam w dół. To pierwsze kilometry jakie dane jest mi przejechać motocyklem po francuskich drogach.

Mała przełęcz św. Bernarda
W Seez skręcam na Route des Grandes Alpes, stary alpejski szlak biegnący od jeziora Genewskiego do Menton nad Morzem Śródziemnym przez główne pasmo francuskich Alp. Przede mną Col de L’Iseran, najwyższa europejska przełęcz przejezdna drogą o nawierzchni bitumicznej. Mijam Val d’Isere położony na wysokości 1850 m. npm. narciarski kurort. Urok tych alpejskich miasteczek z ukwieconymi balkonami i zdobieniami na elewacjach jest niezaprzeczalny. Droga najpierw biegnie dnem rozległej doliny, dopiero później zaczyna się ostrzej piąć w górę. Jest bardzo dobra widoczność, błękitne niebo, przy tym przenikliwe zimno, ale trzywarstwowe ciuchy dają radę. Marznie tylko nos, bo trzeba uchylać wizjer, żeby nie parował.

Na podjeździe mijam kilka wyciągów narciarskich wokół rozpościera się piękny widok  na łańcuchy górskie, których szczyty sięgają ponad 3000 m. npm. i wciśnięte w dolinę miasto Val d’Isere. Na drodze sporo ludzi, dużo motocyklistów i rowerzystów.

Francuskie wspaniałości

Na zjeździe przez chwile robi się troszkę ciaśniej. Jadę wąskim skalnym wąwozem, by za chwile podziwiać rozległą dolinę z drogi zawieszonej na skalnej półce. Piękno krajobrazu powala. Droga nie jest tak kręta jak na przełęczy Stelvio czy na szwajcarskich przełęczach, nie wymaga aż tak dużych umiejętności technicznych, ale jazda jest dość niebezpieczna. Nie ma żadnych barierek ani nawet słupków, zaraz za krawędzią asfaltu jest kilkudziesięciometrowe strome zbocze. Szanse na wyjście bez szwanku po zjechaniu z asfaltu są raczej mizerne.

Col de l'Iseran
Po zjechaniu z przełęczy jadę krajową N6 biegnącą zboczem pięknego, rozległego i głębokiego wąwozu wzdłuż rzeki Arc. W St. Michel wjeżdżam znów na drogę 902. Zaczynam wspinaczkę na Col de Galibier (2 646 m. npm.) Droga pnie się niemal prostymi długimi odcinkami mocno w górę. Z każdym metrem odkrywa się coraz piękniejszy krajobraz. Tu po wyjechaniu ponad górną granice lasu, nie wjeżdża się za szybko na przełęcz. Jedzie się długo górskimi zboczami oglądając bardzo rozlegle zielone doliny otoczone ośnieżonymi szczytami. Jest po prostu pięknie.

Im bliżej siodła przełęczy tym większe zagęszczenie pojazdów, z przewagą rowerzystów. Jest chyba jakiś wyścig. Na samej przełęczy jest bardzo ciasno, na małym placyku stoi kilka busów i przyczep do przewozu rowerów. Całe pedałujące towarzystwo pakuje tam swoje rowery. Kolejka do zdjęcia przy znaku przełęczy jest dość spora rowerzyści fotografują się pojedynczo i grupowo z rowerami i bez rowerów, muszę poczekać kilka minut na swoją kolej.

Zjazd jest jeszcze piękniejszy niż podjazd. Dolina odwrócona na południe jest pięknie oświetlona słońcem, na podjeździe większość drogi i doliny było zacienione. Żałuję, że nie mam daru opisywania piękna krajobrazu bo jest pięknie, naprawdę pięknie. Zjeżdżam do Briancon. Korzystając z darmowego wifi w McDonald szukam noclegu. Nie uśmiecha mi się spanie pod namiotem, jest zimno a ja jestem zmęczony i potrzebuje się porządnie wyspać.

Podjazd pod Col de Galibier
W poniedziałek o 8.00 jestem już w siodle. Śmigam przez przełęcz Col de Montgenevre (1850 m. npm.) i wracam do Briancon. Przebijam się przez miasteczko i już jestem na Route Grandes Alpes w kierunku Col d’Izoard. Prognoza pogody na dziś nie nastraja optymizmem, wzdłuż mojej trasy ma być zimno, deszcz i burze z piorunami. Na szczęście z tego wszystkiego sprawdza się tylko niska temperatura. Mimo wczesnej pory na trasie jest sporo rowerzystów. Mają oni tutaj nawet wyznaczony swój pas ruchu. Col d’Izoard jest bardzo popularnym miejscem wśród cyklistów, jest tam nawet muzeum Tour de France.

Droga pnie się wysoko w górę. Jest bardzo zimno, niebo mocno zachmurzone, ale na szczęście chmury wiszą wysoko ponad szczytami. Na przełęczy zagaduje do mnie grupa niemieckich motocyklistów. Jeden z nich kojarzy moją tablice rejestracyjną z Warszawy. Nie wyprowadzam go z błędu, w końcu to tylko 100 km różnicy. Mówi ze to kawał drogi stąd, pokazuje kolegom na mapie przejechaną dotychczas przeze mnie trasę i dokąd się jeszcze wybieram. Są mocno zdziwieni długością trasy. Gdy dowiadują się, że jadę cały czas sam są zdziwieni jeszcze bardziej. Niemieckiego raczej nie znam ale zrozumiałem że  Gut trasę robię i że Gut ze mnie drajwer. Skłamałbym gdybym napisał, że nie sprawiło mi to przyjemności. Miło jest usłyszeć od od bandy Niemców na motorach, że kozak jestem i widzieć ich zdziwione miny.

Kanion Queyars
Niemcy formują grupę, a ja zjeżdżam w dół. Będziemy się jeszcze dzisiaj mijać kilka razy. Droga prowadzi przez wąwóz Queyars – bardzo piękne miejsce, zaznaczone na mojej mapie czerwonym flamastrem, czyli szczególnie warte uwagi. Faktycznie tak jest  – jedzie się dnem wąwozu tuż obok strumienia wciśniętego między pionowe skały, potem półką skalną zawieszoną gdzieś wysoko nad nim, ogólnie jest bardzo ładnie.

Nie znam słów

Na parkingach spotykam grupy dźwigających swoje okręty kajakarzy. Wyjeżdżam z wąwozu i znowu jadę pod górę. Tym razem pokonuję przełęcz Vars (2109 m. npm.) położoną między trawiastymi połoninami. Traktuję ją raczej tranzytowo.

Zjeżdżam z Vars i w Jausiers opuszczam Route des Grandes Alpes i kieruje się na Col de la Bonette, najwyższą drogę asfaltową w Alpach. Odcinek zadrzewiony podjazdu pokonuję w ekspresowym tempie ciesząc się winklami, po czym przez trawiaste połoniny wjeżdżam wysoko w góry. Drogą na wysokości powyżej 2000 metrów jadę ponad 10 km. Widoki są niesamowite, po drodze mijam jakieś ruiny militarnych obiektów i bunkry. Droga wiedzie na wysokości a nawet powyżej okolicznych szczytów. Jest zimno, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Widok pięknych szczytów na tle białych chmur rekompensuje wszystko.

Col de la Bonette
Trudno byłoby mi się zdecydować która z Alpejskich dróg jest najpiękniejsza. Podjazd pod la Bonette na pewno konkurowałby o pierwsze miejsce. Tu czuję, że jestem w naprawdę wysokich górach. Najwyższy punkt trasy nie leży na przełęczy tylko na drodze okalającej szczyt. Parkuję prawie w najwyższym punkcie i wyruszam na spacer na sam szczyt wysoki na 2 862 m. npm. kręta ścieżka w dużej części jest pokryta śniegiem. Muszę omijać zaspy – nie jest to wcale proste bo nasiąknięte zbocze osuwa się pod nogami. Na samym szczycie jest punkt widokowy, mogę podziwiać piękno alpejskiego krajobrazu z najwyższej góry w polu widzenia. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć, nie znam słów którymi mógłbym opisać to co widzę.

Podczas schodzenia zaczynam odczuwać skutki szybkiej zmiany wysokości, przez chwilę mam lekki zawrót głowy, muszę chwilę postać żeby wszystko wróciło do normy. Nie czuję się najlepiej – siadam przy motocyklu i regeneruje się czekoladą i coca-colą. Pierwsze kilkanaście kilometrów zjazdu pokonuję bardzo powoli. Boję się żeby zawroty głowy nie złapały mnie w czasie jazdy. Ruch na zjeździe w kierunku Nicei jest dużo mniejszy niż na podjeździe. Mijam tylko kilku pojedynczych rowerzystów. Droga wiedzie dość stromym zboczem bez żadnej barierki. Gdybym wypadł z drogi nie byłoby zbyt kolorowo, na szczęście z każdym metrem niżej czuje się coraz lepiej.

W stronę Nicei
Opuszczam Niceę i kieruję się na północ. Dzięki uprzejmości sympatycznej Włoskiej rodzinki rozbijam się na należącym do nich skrawku wolnego placu tuż przy jeziorze Garda. Obóz zwijam pod niebem mocno zasnutym chmurami. Śniadanko, kawka i startuję już w lekkiej mżawce. Pogoda nie pozwala nacieszyć się widokami, jest gęsta mgła i pada. Odpuszczam sobie wjazd do Tremosine – miejscowości położonej na zboczach wąwozu nad jeziorem i pompuję w kierunku autostrady. Między przełęczą Berneńską a Insbruckiem przejeżdżam przez Europabrucke. Dd 1964 do 2004 roku był to największy most w Europie, pobił go dopiero francuski Viaduc de Milau. Miał być taras widokowy przy restauracji, a okazało się, że przejazd mostem nie różni się niczym od przejazdu autostradą z barierami dźwiękochłonnymi. Może poza tym, że trzeba wybulić 8 euro.

Czechy pokonuję w autostradowym tempie i już jestem w Polsce. Przejazd przez Częstochowę to istny horror. Kilkunastokilometrowy korek, pasy ruchu tak wąskie że tiry prawie ocierają o siebie i koleiny głębokości rowów melioracyjnych. Przyjemność z jazdy się skończyła – to jest Polska, tu na szosie trzeba walczyć o przetrwanie. Przypomina mi się cytat z artykułu pana Bolesława Piątkowskiego z 1938 roku:

„Poznałem Cię – szeroka, wyboista „Drogo Polska” –
drogo, która robisz nam reklamę na cały świat –
drogo, o którą ze złośliwym uśmiechem pytali mnie sprzedawcy benzyny, szoferzy, sportowcy,
drogo o której nikt nie wie, dlaczego jesteś naszą hańbą, zamiast być chlubą. Drogo polska!”

Minęło 75 lat od napisania tych słów a tekst nadal aktualny i raczej nie zapowiada się żeby było lepiej.

Na tym kończę moją relację. Było bardzo fajnie, spełniłem swoje marzenie i obejrzałem największe góry Europy. Przejechałem 5144 kilometry przez 7 państw. Jestem spełniony, ale jest październik a ja już planuję przyszłoroczną wyprawę.

7 KOMENTARZE

  1. W tym roku tez zaliczyłem Grossglockner plus Dolomity, piekna trasa !! Oczywiście na Varadero 1000 :-). Super materiał ! Pozdrawiam

  2. Super wyprawa i relacja. Opis i zdjęcia zachęcają do poważnego rozważenia tego kierunku na kolejne lata. Gratulacje udanego wyjazdu i pięknych wspomnień. Pozdrawiam :)

  3. Super wypad naprawde, Alpy to moje ulubione szlaki w 2014 maj i lipiec, wstepnie planuje poraz kolejny motowyjazd w tamte strony.
    pozdr :)

  4. Potrzebuję znaleźć tani nocleg w I poł. sierpnia w okolicach Barcelonette ( ~ Col de l’Iseran) lub nawet Cuneo , generalnie te okolice. Większość hoteli tranzytowych jest juz zarezerwowana jakby ktoś miał jakieś namiary na prywatne chaty albo hotele których nie ma w necie będę wdzięczny.

  5. Przestudiowałem całą trasę krok po kroku, przełęcz po przełęczy, szacun za przygotowanie takiej trasy i jej pokonanie. Jeśli autor nie ma nie ma nic przeciwko, to na przełomie czerwca i lipca 2015 spróbuję się zmierzyć z tą trasą. Może z małymi korektami, dodam między innymi Grossglockner i Vrsić.
    Super wyprawa, gratuluję.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!