Tunezja, dzisiaj niebezpieczna i ogarnięta niepokojami, od zawsze była magnesem dla podróżników. Nam udało się zwiedzić niemal cały ten wspaniały kraj pełen życzliwych ludzi i nieziemskich krajobrazów jeszcze przed wybuchem Arabskiej Wiosny. 

Tekst: Dominik Bartelak, zdjęcia: Dominik Bartelak i Sebastian Głąb

Do wyjazdu do Tunezji mocno zachęcają mnie koledzy. Po przeczytaniu artykułu w niemieckim MotoTraveller, gdzie szczegółowo opisano trasy, ciekawe miejsca oraz specyfikę kraju podejmuję decyzję – jadę. Po krótkim wypadzie do Rumunii wraz z Sebastianem, wiemy już jak przygotować motocykle i bagaże na jazdę po bezdrożach. Mój awaryjny przecież KTM 950 Adventure wymaga dobrego serwisu oraz zestawu newralgicznych części zapasowych, a Sebastian postanowił kupić Hondę Varadero.

Spakowaliśmy się lekko – bez kufrów i wszystkich zbędnych kempingowych przyborów. Materiałowe torby boczne wypełniamy narzędziami, olejami, zapasowymi częściami. Bierzemy też dwa kanistry – jeden na wodę pitną, a drugi na zapas paliwa. Ubrania pakujemy w nylonowe, nieprzemakalne torbo-worki. Bierzemy też mały namiot z nadzieją na nocleg na pustyni. Po Europie planujemy jeździć na szosowych oponach, a w Tunezji – na terenowych.

Wyruszamy z Częstochowy o 7. rano. Jest ciepło i słonecznie, dlatego już po chwili mamy świetny humor. Dzisiaj do przejechania jest ponad 900 kilometrów nudnej trasy w kierunku Salzburga. Zatrzymujemy się jedynie na zatankowanie sprzętów robiąc przy tym pomiar spalania: KTM – 6,5 l/100 km, Honda – 6,1 l/100 km.

Alpejskie śmiganie

Drogi Alp są bezkonkurencyjne
Wreszcie docieramy do węzła na austriackiej autostradzie A1 o nazwie Voralpenkreuz, który symbolicznie rozpoczyna naszą alpejską trasę. W oddali widzimy już zaśnieżone góry. Zjeżdżamy na drogę w kierunku Zell Am See. Przy okazji dopada nas ogromna burza z piorunami. Zmęczeni upalnym dniem, teraz przemoczeni marzniemy, ale musimy jechać dalej. Deszcz ustępuje kilkanaście kilometrów dalej, dlatego nagle zmęczenie nie ma już znaczenia, bo przed nami wjazd na słynną Grossglockner Hochalpenstrasse, czyli najwyżej położoną austriacką drogę asfaltową.

Grossglockner Hochalpenstrasse

W miarę rozwoju ruchu motocyklowego w Europie Austriacy rozpoczęli wielkie inwestycje skierowane do tej grupy kierowców. W ciągu ostatnich pięciu lat odnotowano 18-procentowy wzrost jednośladów na trasie Grossglockner. W zeszłym roku zanotowano rekordową liczbę prawie 68 tys. motocyklistów odwiedzających to miejsce, czemu sprzyja specjalnie przygotowana dla nich infrastruktura, m.in. bezpłatne schowki na kask i odzież oraz zwiększone nakłady na bezpieczeństwo jazdy.

Czerwcowe dni są najdłuższymi w roku. Jest pochmurno, ale na szczęście mamy dobrą widoczność. Postanawiamy więc szukać noclegu 50 kilometrów dalej, w Heiligenblut. Bardzo przyjazna motocyklistom, kręta i doskonale oznakowana droga jest płatna, i to niemało. Na bramkach jesteśmy chwilę przed ich zamknięciem, zostawiamy w kasach po 80 zł od motocykla i ruszamy w górę. Tuż przed Fuscher Törl, po około 28 kilometrach trasy, droga prowadząc w lewo wiedzie do położonego na 2571 m npm. Edelweissspitze.

Zakręty bywały naprawdę ciasne
Siedem wąskich zakrętów, jak również nawierzchnia drogi pochodzą jeszcze z początku jej budowy w roku 1935, a wieża widokowa pochodzi z roku 1955. Przy tym najwyższym punkcie drogi widoczny jest po raz pierwszy najwyższy szczyt Austrii – Grossglockner. Tutaj, w najciekawszym miejscu widokowym czeka nas panorama z widokiem na ponad 30 trzytysięczników, tutaj też znajduje się punkt informacyjny Bikers Point. Motocykliści znajdą tu nie tylko zarezerwowany dla nich parking, ale także stół i ławkę na odpoczynek oraz masę tablic informacyjnych. Jesteśmy sami, parking pusty, a po chwili podchodzi do nas właściciel i oferuje nocleg w jego kultowej hütte, czyli schronisku. Zostajemy. Za ok. 90 zł od osoby mamy pokój i garaż dla naszych motocykli, a kolacja na tej wysokości smakuje wyśmienicie.

Nocleg w alpejskim schronisku
Rano wita nas słońce i rześkie 8°C. Najpierw dwa kilometry zjazdu starą kostkową drogą z ciasnymi nawrotami, potem podjazd pod pierwszy, krótki tunel Mitter Törl, a następnie drugi – 311 metrowy tunel i przełęcz Hochtor (2504 m npm.). Jednym tchem zjeżdżamy, mijając wspinaczkowy kurort Heiligenblut i mkniemy górską doliną w kierunku włoskiego Dobbiaco. Potem krętą drogą numer 49 jedziemy na Col San Angelo (1757 m npm.). Zatrzymujemy się przy jeziorze Misurina, w którego lustrze przepięknie odbijają się szczyty Tre Cime di Lavaredo i Sorapis. Jest to wyjątkowe miejsce, warte zobaczenia i przeżycia. Niewiele dalej i wyżej jest Passo Tre Croci, a potem zza lasu wyłania się widok na centralny kurort Dolomitów – Cortina d’Ampezzo. Kierujemy się główną drogą 48 na Arabba, by dotrzeć do nieciekawej Passo Falzarego, po czym zaczynamy zjazd z przełęczy. Ale po chwili droga znowu zaczyna piąć się w górę. Jesteśmy na słynnym Sella Ronda i zmierzamy na Passo Pordoi (2239 m npm.). Końcówka drogi jest wąska, kręta i ma bardzo przyczepny, równy asfalt.

Gruppo di Sella

Charakterystyczną cechą Dolomitów jest to, iż góry te nie tworzą typowych łańcuchów, ale mają formę grup oddzielonych głębokimi dolinami. Jedną z tego typu grup jest Gruppo di Sella, której wysokość osiąga 3152 m n.p.m. Płaskowyż Stella przypomina krajobraz księżycowy. Kolory skał zmieniają się w zależności od światła i pogody, a najładniejsze są zwykle o zachodzie słońca.

„Moto Sella Ronda” to wyjątkowa trasa, warta szczególnej uwagi oraz wymagająca technicznie, głównie z powodu małej szerokości drogi i dużego natężenia ruchu turystycznego.

Wąwóz w Chenini
Chwila przerwy i dalej jak w transie, przyklejeni do równego asfaltu połykamy zakręt za zakrętem. Otoczeni pięknymi widokami mijamy Passo di Sella, a 750 metrów dalej niezauważalnie jesteśmy na 2246 metrach n.p.m. najwyższej przełęczy Sella Ronda – Col de Toi, po czym rozpoczyna się zjazd do znanej narciarzom Val di Gardena. Tu okazuje się, że 15 minut wcześniej spadł deszcz, droga jest śliska, ale nadal świeci słońce i w miarę obniżania wysokości robi się coraz cieplej. W upale przejeżdżamy zatłoczoną drogą przez Bolzano, kierując się na zachód. W zasadzie bez przyjemności zatrzymujemy się na chwilę na przełęczy Passo Della Mendola, bo droga 42 to ważny szlak tranzytowy i panuje tu duży ruch.

Chcąc skrócić sobie te męczarnie, przypadkowo gubimy drogę w okolicy jeziora Giustia – chyba z powodu odwodnienia i męczącego upału. Postanawiamy zrobić sobie przerwę. Dalsza trasa na przełęcz Tonale dłuży nam się niemiłosiernie. I znowu w miarę wzrostu wysokości robi się coraz zimniej, aby na Passo del Tonale (1883 m npm.) z 30°C zrobiło się nieco ponad 10. Po przejechaniu ponad 500 kilometrów docieramy wieczorem do przedmieść Mediolanu – plan w pełni zrealizowany.

Podróż promem trwała strasznie długo
Następnego dnia rano ruszamy w silnym deszczu. Z Mediolanu jedziemy autostradą A7 do Genui. Ostatnie 50 kilometrów tej trasy prowadzi starą, dwupasmową drogą przecinającą jedno z górskich pasm. Odcinek ten słynie z nieformalnych wyścigów motocykli, szybkich samochodów i śmiertelnych wypadków. Asfalt na świetnie oznakowanych, ostrych, niewidocznych zakrętach pokryty jest przyczepną warstwą, co dodatkowo zachęca do głębokich złożeń i zwiększania szybkości. Gdy dojeżdżamy do największego portu we Włoszech widzimy zacumowany nasz prom.

Witajcie, czyli Ahlan ua sahlan!

Po 25 godzinach rejsu widać pierwsze zarysy brzegu Tunezji. Stajemy ostatni w kolejce do odprawy, która trwa ponad trzy godziny. Wszystkie papiery załatwiamy sami – nie jest to wcale tak trudne, o ile zna się podstawy francuskiego i angielski.

Tunezja

Na obszarze Tunezji od XII w p.n.e. powstawały liczne kolonie fenickie, m.in. założona w 814 r. p.n.e. Kartagina. W 146 r. p.n.e. tereny te zostały zniszczone przez Rzymian i jednocześnie dostały się pod ich panowanie. Od VII wieku obszar przejęli Arabowie, a Tunezja stała się częścią świata arabskiego. W latach 1574-1881 Tunezja znalazła się pod panowaniem tureckim, a od 1881 r. – francuskim. Niepodległość kraju ogłoszono w 1956 roku, kiedy wycofali się Francuzi.

Szutry, czyli to co Katy lubią najbardziej
Mamy spore opóźnienie w stosunku do naszych planów. Jesteśmy w Tunisie po zmroku, ale postanawiamy mimo wszystko dojechać dzisiaj do Sousse. Aby było szybciej wybieramy autostradę A1. Po dojechaniu do bramek poboru opłat okazuje się, że zapłacić można tylko gotówką której jeszcze nie mamy. Podchodzę więc do patrolu policji i pytam, czy są jakieś inne możliwości zapłaty, a oni z uśmiechem nakazują otworzyć dla nas przejazd.

Taka życzliwość policji i innych ludzi towarzyszyła nam później przez całą podróż po tym arabskim kraju. W nocy robi się zimno, a że wokoło ciemno, nie czujemy się jak w upalnej Afryce. Do Sousse dojeżdżamy o drugiej w nocy i zaczynamy szukać jakiegoś hotelu. Jest ich tam dziesiątki, a głównymi mieszkańcami są turyści z Europy. Pytamy taksówkarza, który z hoteli jest tani i jednocześnie dobry, a on podpowiada że to taki, w którym jest dużo młodych Polek. Nie było problemów – mamy pokój ze śniadaniem za 155 zł. Możemy zostawić opony w hotelowym magazynie, bo zarezerwowaliśmy tu także noclegi na nasz powrót.

Sebastian zaprzyjaźnił się z tubylcem
Rano budzi nas tunezyjskie słońce. Czujemy przyjemną bliskość morza i plaży. Dziś przed nami około 360 kilometrów trasy przez Kairouan i Gafsa do Tamerze. Po drodze dopada nas ulewny deszcz, który zamienia przydrożny piach w wylewające się na asfalt błoto, a wyschnięte koryta na okresowe strumyki. Dzięki tym drogowym warunkom nadarza się okazja postoju w osamotnionym, przydrożnym barze z miejscowym specjałem – baraniną. Deszcz jak szybko się pojawił – tak szybko znikł. Jedziemy dalej by w końcu dotrzeć do Metlaoui, gdzie zaczyna się nasza terenowa jazda.

Oazy i słone jezioro

Język polski jest tu niemal językiem urzędowym
Zbliża się wieczór, przed nami piękny zachód słońca. Zauroczeni widokami jedziemy szutrową drogą z głęboką „tarką” w kierunku oazy Chebika. Sebastian pojechał zbyt szybko, nie wyhamował przed rowem i efektownie zaliczył pierwszą glebę. To dla nas przestroga, by nie mierzyć sił ponad swoje umiejętności i w pokorze przyjmować to, co przynosi natura. W Tamerze znajdujemy marny miejski hotel za 100 zł. Pytam o parkowanie i bezpieczeństwo motocykli, na co właściciel hotelu nakazuje wprowadzić maszyny do holu głównego i poważnie nas zapewnia: „Allah będzie pilnował”.

Rano porządkujemy nieco plastiki w Hondzie i leniwie ruszamy w kierunku algierskiej granicy, by podziwiać uroki przereklamowanego wąwozu rzeki Mides. W drodze na południe zatrzymujemy się w kolejnej oazie, gdzie uprzejmy Arab serwuje nam wyśmienitą herbatę miętową, informując łamaną polszczyzną że jest to „viagra dla szwagra”. Górska droga prowadzi nas na przełęcz Oum el-Khanga, z której rozciąga się niekończący widok na wyschnięte słone jezioro – kolejny etap naszej podróży.

Chott el-Jerid

Chott el-Jerid jest największym słonym jeziorem w Afryce Północnej. Przez większą część roku zbiornik jest suchy, wtedy jego dno jest popękane i błyszczy w słońcu. Skorupa skrystalizowanej soli przybiera dziwne barwy począwszy od srebrzystej po różową lub fioletową i zalega na warstwie gliniastego bagna przesiąkniętego słoną wodą. Przez jezioro biegnie droga wokół której naniesiona wiatrem sól gromadzi się tworząc zaspy. Częstym zjawiskiem w słoneczny dzień jest fatamorgana. Zjawisko powstaje wyniku różnych współczynników załamania światła w warstwach powietrza o różnej temperaturze.

Można tak upalać bez końca
Przez Tozeur i Nefta docieramy do punktu kontrolnego straży granicznej i skręcamy w lewo nie widząc żadnej drogi. W tym miejscu nawierzchnia Chott el-Jerid jest równa, twarda i wilgotna. Na moim KTM-ie jadę przed siebie szczęśliwy i jak w amoku osiągam w porywach 120-130 km/h, nie widząc końca tej przyjemności. Coraz dalej na południe jest więcej sypkiego piasku, tworzącego małe wydmy. W pełnym słońcu i ok. 36°C kierujemy się na wschód, mijając po drodze wielu zdziwionych naszą obecnością mieszkańców tych stepów – wielbłądów. Docieramy do Douz – miejscowości uznawanej za punkt wypadowy na prawdziwą, piaszczystą pustynię i jej zachwycające wydmy. Jest tu jedna stacja benzynowa, słynny kemping Desert Club i wiele baz turystycznych. Bez trudu znajdujemy polecany przez moich kolegów hotel Touareg, w którym zatrzymujemy się na noc, mając za 190 zł od osoby wyśmienite warunki: basen, dobre śniadanie i dozorowany parking.

Pustynna burza

Zbliża się burza piaskowa
Jest niedziela. Na ten dzień planowałem najważniejszy etap naszej trasy: przejazd 100-kilometrowym, pustynnym odcinkiem El Bibene z Douz do Ksar Ghilane i nocleg w namiocie na pustyni w okolicy Tisavar – francuskiego fortu z czasów wojny. Niestety, w nocy pogoda drastycznie się zmienia. Spada deszcz i zrywa się potężny wiatr. Coś nieprawdopodobnego – deszcz na pustyni? Pytamy o wskazówki u kierowców samochodów 4×4 – mówią, że nigdzie nie jadą w takich warunkach. Wiatr niesie drobny piach, który jest teraz wszędzie – szczególnie w oczach. W kilka godzin usypuje nowe, małe wydmy czyniąc szlak uznawany za „najlepszy, jaki tunezyjska pustynia oferuje” zupełnie nieprzejezdnym. Z szacunkiem dla natury musimy ustąpić i zmienić plany. Jedziemy do Douz.

Wielki Erg Wschodni

Południowe tereny Tunezji zajmują piaski Sahary. Jedną z części tej pustyni jest Wielki Erg Wschodni, którego obszar zajmuje ok. 100 tys. km2, a wysokość wydm dochodzi do 200 m. Z racji tego że m.in. Erg Wschodni i Zachodni były kiedyś dnem morza, na pustyni istnieje wiele oaz oraz masowo uprawia się daktyle, warzywa i prowadzi wypas wielbłądów.

Bezkresny szlak
W Douz kończą się asfaltowe drogi na południe i zaczyna Sahara. To tak naprawdę początek dla mojego enduro. Z Tunisu można tu dotrzeć bez problemu w jeden dzień. Amatorzy off-road mają do wyboru krótkie wypady na pobliskie wydmy lub bazę dla wielodniowych wypraw na pustynię. Do najpopularniejszych należą trzy szlaki: z Douz do oazy Ksar Ghilane, drugi (dość łatwy) – El Bibene oraz trudny – tylko dla zaawansowanych, oferujący piękne, pustynne widoki szlak Bir Hadj. Z Douz biegną trudne szlaki także do „płaskiej góry” Tembain, przez Park Jebil do „pola pustynnych róży”, oraz najbardziej wymagający szlak do „czerwonego morza” biegnący dalej przez strefę zamkniętą. Pustynne szlaki są bardzo zależne od pogody. Informacje o przejezdności i warunkach obowiązkowo należy sprawdzić na kempingu Desert Club w Douz.

Zamknięta Strefa Wojskowa

Najbardziej strategiczne dla Tunezji złoża ropy naftowej i gazu ziemnego położone są na południe od linii Kamour – Remada. Dodatkowo kraj ten graniczy z niestabilnymi politycznie Libią i Algierią. To główne przyczyny zamknięcia dla turystów niemal połowy tunezyjskiej pustyni. Wjazd jest jednak możliwy ze specjalną przepustką dostępną w Gouvernorat de Tataouine. Jazda na motocyklu na tym obszarze daje najwięcej niesamowitych przeżyć, pięknych widoków i spektakularnych wydm, wiąże się jednak z większymi przygotowaniami. Rejon jest bowiem odludny – należy więc pamiętać o zapasie benzyny i wody pitnej. Najbardziej znany punkt docelowy to położona na piaszczystej pustyni rafineria w El Borma, gdzie dotrzeć można jadąc wzdłuż rurociągu, a najprawdziwsze wydmy i pustynne klimaty są pomiędzy El Borma i Borj el-Kladra.

Varadero czuło się dobrze tylko na twardej drodze
Jedziemy asfaltem, potem wzdłuż rurociągu mijamy Bir Soltane. Chociaż widzieliśmy pojazdy „odpiaszczające”, drogi zrobiły się nieprzejezdne dla samochodów. Mała odległość powoduje, że szybko docieramy do oazy Ksar Ghilane i leżących nieopodal wysokich wydm. Śpimy na kempingu w wieloosobowym namiocie miotanym przez silny wiatr całą noc. Rano za to w słońcu notujemy najwyższą temperaturę podczas naszej podróży: 45°C. Palmy nie dają prawie cienia, a i spadające z nich daktyle nie są jeszcze dojrzałe. Przed nami trudny i długi odcinek na wschód w góry Dahar.

Zostawiamy za sobą oazę Ksar Ghilane i kilka „beczkowych” stacji benzynowych, a przed nami skromny pomnik Monument de la Colonne Leclerc, stanowiący niejako start do dzisiejszego etapu. Im bardziej otwarta przestrzeń, tym bardziej wieje. Wiatr nawiewa sypki piach i tworzy małe zaspy na drodze. Wczoraj było nawet zimno – ok. 20°C, a momentami dzisiejsze 40°C to już upał. Jedziemy w kierunku Chenini, ponad 100 kilometrami szutrowych i kamienistych dróg. GPS ma załadowaną mapę Tunezji, która bardzo nam się dzisiaj przydaje, gdyż na naszej trasie jest kilka skrzyżowań, a górzysty teren nie pozwala na pewne wyznaczenie kierunku.

Kłopoty Varadero

No to po herbacie
Nie od dziś wiadomo, że Honda Varadero to nie nowa Africa Twin i niespecjalnie nadaje się do jazdy terenowej. Duża masa powoduje problemy z prowadzeniem po kamieniach, seryjne przełożenie jest „za długie”. Seba używa tylko trzech pierwszych biegów (dla porównania – KTM pięciu), a aluminiowe felgi wyglądają już nieciekawie – widać spore wgięcia. Na dodatek przednie koło traci powietrze z bezdętkowej opony.

Po przejechaniu ok. 80 kilometrów Sebastian zauważa, że sprzęgło w Hondzie lekko się ślizga. Patrzymy na napiętą linkę i pierwsze nasze skojarzenia to: poluzować cięgno przy klamce. Dojeżdżamy do skalnego miasta Chenini. Zatrzymujemy się w restauracji na pożywny kuskus i dyskutujemy nad modyfikacjami dalszej trasy w związku ze specyfiką Hondy. Decydujemy wspólnie, że nie będziemy dalej jechać szutrowymi drogami – tylko asfaltem. Musimy ominąć kolejny z celów tunezyjskiej trasy: górski, trawersujący, malowniczy szlak Chenini – Beni Kheddache – Matmata, oraz Ksary Hadada i el-Hallouf. Robimy jeszcze krótki przegląd regulując sprzęgło w Varadero.

Jedziemy już głównymi drogami przez Tataouine, Medenine, by serpentynami drogi nr 20 dotrzeć do Matmata. Odcinek od Toujane jest fantastyczny: wąska, asfaltowa nitka z ostrymi zakrętami, malownicza przełęcz i spalone słońcem góry. Z lekkim niedosytem, już o zachodzie słońca symbolicznie żegnamy pustynną i górzystą Tunezję szukając słynnego hotelu Sidi Driss. Tutejszy bar zasłynął jako miejsce, w którym kręcono kilka scen ze „Star Wars”. Hotel (za ok. 100 zł za noc) mieści się w dawnym domostwie troglodytów, na które składają się pomieszczenia mieszkalne, korytarze, schody i trzy dziedzińce.

Plaża i drinki z parasolką

Hotel Touareg to miejsce polecane przez podróżników
Wtorek. Ten dzień przeznaczyliśmy na spokojną „dojazdówkę” do zarezerwowanego wcześniej hotelu przy plaży w Sousse. Jedziemy dość monotonną drogą i niedługo docieramy do Kairouan. Na granicy miasta znajduje się dobrze zaopatrzona stacja Shell z barem, obsługująca karty bankowe. Kairouan jest głównym ośrodkiem życia religijnego w Tunezji, a także czwartym z najświętszych miast Islamu, po Jerozolimie, Medynie i Mekkce. Warto przeznaczyć cały dzień na zwiedzenie tego miejsca otoczonego siedmiokilometrowym murem, w środku którego znajduje się ok. 50 meczetów.

My postanawiamy jedynie powolnie przejechać przez miasto, bo nasze myśli są już na plaży. Trochę żałujemy że nie wybraliśmy drogi przez El-Jem, bowiem znajdują się tam świetnie zachowane ruiny rzymskiego amfiteatru. Jest on nieco mniejszy, ale lepiej zachowany niż rzymskie Colloseum. Budowla ta jest największą w całej Afryce budowlą rzymską, wzniesioną w III w n.e.  Późnym popołudniem docieramy do hotelu. Na jutro zaplanowaliśmy wakacje „last minute” oraz spokojny przegląd motocykli, połączony z powtórną wymianą opon na szosowe. W czwartek ruszamy zatłoczoną drogą z powrotem do Tunisu, zatrzymując się na świetną baraninę z harissą serwowaną w przydrożnym barze. Tankujemy do pełna tanie tu paliwo i udajemy się do portu La Goulette, gdzie czeka na nas już prom do Europy.

Alpy bez sprzęgła

Dwaj zdobywcy
Dopływamy do Genui z czterogodzinnym opóźnieniem. Na wschodzie widać błyski silnej burzy. Musimy jak najszybciej przed nią uciec. Szybkim tempem pełną zakrętów i tuneli autostradą A10 jedziemy w kierunku Savony, a następnie do Turynu, by ok. drugiej w nocy zameldować się w hotelu Park w Mondovi. Rano budzi nas słońce i rześkie powietrze. Startujemy wyspani i uśmiechnięci – ten dzień zapowiada się wyśmienicie.

Piemont jest zaraz po Toskanii obszarem z najlepszą włoską kuchnią. To stąd pochodzą świetne wina (Barolo), trufle, sery (Bra), oliwki i orzechy włoskie. Jedziemy piękną doliną Valle Stura. Na przełęczy Colle Della Maddalena przekraczamy granicę z Francją, gdyż zaplanowany przejazd do Col de la Bonette przez Isolę jest niemożliwy z powodu zamknięcia przełęczy Col de Pouriac. Dobijamy i jedziemy dalej słynną Route des Grandes Alpes na przełęcz Col de Vars (2111 m npm.), gdzie właśnie dziś odbywa się rajd klasycznych samochodów GT. Na szczycie wypytuję Niemców na GS-ach o sytuację na przełęczach leżących na naszej trasie – mówią, że Col de l’Iseran zamknięta, ale nie mają pewności.

Col de l’Iseran

Col de l’Iseran to przełęcz we francuskich Alpach wznosząca się na 2770 m n.p.m. Łączy ona region Tarentaise w dolinie Isère z regionem Haute Maurienne w dolinie Arc. Droga przez przełęcz została wybudowana w 1937 r. i od razu stała się wielką atrakcją i celem zmotoryzowanych. Col de l’Iseran stanowi najwyższy punkt wielkiej trasy turystycznej, wiodącej wzdłuż najpiękniejszych pasm Alp Francuskich, tzw. Route des Grandes Alpes. Często rozgrywane są tam samochodowe rajdy uliczne oraz wyścigi kolarskie. Droga otwarta jest od czerwca do września, jednak przez cały rok na jej poboczach leżą zwały śniegu.

Drogi Alp to prawdziwa poezja
Zjeżdżamy w otoczeniu zaśnieżonych szczytów w kierunku następnej przełęczy. Niestety tuż przed podjazdem na Col de l’Izoard Sebastian zatrzymuje się i mówi, że z powodu ślizgającego sprzęgła może nie wjechać na górę. Nie mamy stąd alternatywnej trasy, więc postanawiam jechać pierwszy i poczekać na niego przy Casse Deserté. W końcu jest. Nie było tak źle, ale musimy częściej się zatrzymywać w celu schłodzenia oleju.

Widok jest niesamowity. Drobno skruszałe skały „zlewają” się ze szczytów przypominając nieco pustynne wydmy. Na przełęczy zatrzymujemy się przy pomniku Napoleona i zastanawiamy, czy można dalej jechać. Zjechać się da, a w dole większa miejscowość z warsztatami – Briançon. Szukamy serwisu motocyklowego. Jest – tyle że zamknięty. W końcu dziś sobota, a niby sezon motocyklowy w pełni. Dzwonimy do właściciela. Informuje on nas, że nie otworzy warsztatu, a najbliższy salon Hondy jest w odległym o 90 kilometrów mieście Gap. Zdobywam numer i … jak po francusku brzmi słowo sprzęgło? Angielskie clutch nic im nie mówi, podobnie jak i niemieckie kupplung.

Na pięknej drodze Grandes Alpes
Rozdzielamy się: Seba dzwoni do Polski i kombinuje lawetę, a ja jadę znaleźć jakiegoś tłumacza. W końcu, językiem migowym pokazuję francuskiemu riderowi co nawaliło i słyszę: „ąbrajaż”. No, wreszcie. Dzwonię do Gap i dowiaduję się, że tarcze mogą tam być na wtorek. To nam się nie kalkuluje. Najlepszym rozwiązaniem jest dostać się jakoś do Austrii, bo stamtąd wielu wozi do Polski samochody na lawetach za niewielkie pieniądze. Na szczęście w naszym kraju tarcze sprzęgłowe leżą na półce i czekają na klienta.

Ustalamy nową trasę. Niestety, ale kolejny raz musimy ominąć jeden z celów podróży – piękną i wysoko położoną przełęcz Col de l’Iseran (2770 m npm.) oraz zrezygnować z przejazdu tunelem pod Mont Blanc. Robi się smutno i nerwowo. Przez chwilę nawet nie odzywamy się do siebie. Ja jestem zły, że nie uda mi się przejechać długo przygotowywaną trasą, a Sebastian nie wie jak (i za ile) będzie wyglądał jego powrót do domu.

Dla poprawy humorów decydujemy się na ryzykowny kompromis: podjedziemy jeszcze pod ostatnią przełęcz i dalej autostradami już do Polski. Route des Grandes Alpes prowadzi dalej przez Col du Lautaret, gdzie skręca na wąską drogę w kierunku słynnej alpejskiej przełęczy Col du Galibier (2642 m npm.). Jej niezwykłość polega na tym, że z małego parkingu na szczycie rozciąga się wspaniała panorama na obie strony drogi i przy dobrej pogodzie widać najwyższe alpejskie lodowce z Mont Blanc na czele.

Z duszą na ramieniu

Sprzęgło kaput - ładujemy się na pociąg
Płacąc horrendalne pieniądze przejeżdżamy przez Tunnel du Fréjus i zostawiamy wysokie Alpy za nami. Kolejnego dnia startujemy w deszczu do długiej i niepewnej trasy. Honda nie jest w stanie jechać szybciej niż 100 km/h, a wzniesienia można pokonywać przy pomocy pędu powietrza za TIR-em lub autobusem. Należy dodać, że autostrady we Włoszech są płatne, a motocykle mają taką samą, wysoką stawkę jak samochody. Około 16. udaje się nam „doczłapać” do austriackiego Villach, gdzie pakujemy sprzęty na wagon pociągu Auto-Zug do Wiednia. Rano załatwiamy transport Hondy i Sebastiana do Polski, a ja jadę przez Słowację do Częstochowy. W ciągu 14 dni pokonaliśmy 5050 kilometrów nie licząc promów i pociągu, a cała wyprawa kosztowała nas w sumie ok. 7200 złotych.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!