Prawie pół wieku temu roku Roman Dobrzyński wyruszył w kasku górniczym na samotną wyprawę do Hiszpanii.  Jego ośmiokonny skuter Osa pokonał masyw Pirenejów i dotarł na koniec Półwyspu Iberyjskiego. Przebył prawie 10 tys. kilometrów. 

Z Romanem Dobrzyńskim, dziennikarzem i podróżnikiem rozmawia Mariusz Ignatowicz

Panie Romanie, był Pan pierwszym polskim dziennikarzem, który po wojnie objechał dookoła Hiszpanię i z autopsji opisał ten kraj oddzielony od Polski podwójną żelazną kurtyną. Jak Pan wpadł na pomysł jazdy jednośladem?

– Mamy rok 1964, gdy wielkim osiągnięciem jest jakikolwiek zagraniczny wyjazd. Pojazdem alternatywnym jest tylko rower. Na Syrenę mnie nie stać, z tego samego powodu nie wchodzi w grę ani pociąg, ani samolot. Za pożyczone pieniądze i dzięki znajomościom kupuję skuter Osa. W tamtym czasie jest on pojazdem naprawdę prestiżowym. Niestety nie mam prawa jazdy. Odbywam więc kurs w trybie przyspieszonym.

– Jak wyglądają przygotowania?

– Po pierwsze – muszę zdobyć paszport. Zatajam zamiar wyjazdu do Hiszpanii – ten kraj jest zakwalifikowany jako faszystowski i obawiam się odmowy od PRL-owskich władz paszportowych. Zresztą także Hiszpanie mają wtedy w swoich paszportach klauzulę Ważny na cały świat z wyjątkiem Związku Sowieckiego i krajów satelickich. Składam więc podanie o zezwolenie na wyjazd do Francji. Potrzebne jest jednak zaproszenie z zapewnieniem pokrycia kosztów pobytu. Dostaję je od znajomego esperantysty z Paryża i na tej podstawie wydają mi paszport.

Autor i odrestaurowany skuter Osa – czasy współczesne
Autor i odrestaurowany skuter Osa – czasy współczesne

O wizy staram się sześć lat. Kiedy nieoczekiwanie przychodzi telegram, że wiza czeka na mnie w konsulacie hiszpańskim w Paryżu – z wrażenia mało nie mdleję. Ledwie ukończyłem studia, mam 26 lat, nie pracowałem w żadnej redakcji, nie wiem jak i za co jechać. Wybieram trasę przez Czechosłowację i NRF, więc muszę się starać także o wizę niemiecką. Borykając się z koszmarem formalności, jakich wasze pokolenie nie jest w stanie sobie wyobrazić, ciągle nie wiem jak się za te Pireneje dostać.

Roman Dobrzyński

Roman DobrzyńskiRoman Dobrzyński (75 l.), dziennikarz-podróżnik. Ukończył dwa fakultety: Wydział Prawa i Wydział Dziennikarstwa na UW. Autor licznych książek na tematy iberoamerykańskie oraz kilkuset reportaży telewizyjnych i filmów dokumentalnych. Poliglota, zwiedził większość krajów świata.

Miłośnik międzynarodowego języka esperanto. Był m.in. wiceprezesem Międzynarodowego Związku Esperantystów. Za książkę Portugalia otrzymał prestiżową nagrodę „Srebrny Glob”. Jest też laureatem głównej nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za publicystykę w prasie i telewizji.

– Co wówczas wiedział Pan o motocyklach?

– Mam kolegę, który akurat ukończył technikum samochodowe. Obiecuje wprowadzić mnie w tajniki mechaniki motorowej. Czas mija, a on się ociąga. Kiedy termin wyjazdu się zbliża, robię koledze wyrzuty, że muszę jechać a nie znam się na motocyklach. On mi wówczas rzeczowo odpowiada: gdybyś się znał, to byś się w taką podróż nie wybrał.

Kolega ma jednak poczucie odpowiedzialności, gdyż podarowuje mi książkę Naprawa motocykli. Poza tym wręcza listę części zapasowych, które muszę ze sobą zabrać. Jest to wybór loteryjny i jak się potem okaże – rzeczywiście wygram los, zabierając ze sobą między innymi łańcuch sprzęgłowy.

Górniczy kask w kolorze nadziei

 

– Panie Romanie, dzisiaj kask motocyklowy i odzież można kupić w osiedlowym sklepie Lidl. Proszę powiedzieć, jaką wagę w tamtych czasach przykładało się do bezpieczeństwa i odpowiedniej odzieży?

– Zdaję sobie sprawę z konieczności ochrony głowy, toteż ruszam na Śląsk, gdzie dostaję w prezencie górniczy kask. Farbą olejną maluję go na zielony kolor nadziei. Natomiast na siebie nakładam odzież, w jakiej się chodzi na co dzień.

Roman Dobrzyński i skuter Osa, zdobywcy Somosierry
Roman Dobrzyński i skuter Osa, zdobywcy Somosierry
Mama uszyła mi pelerynę z kapturem oraz obszerne spodnie z ceraty. To jest w danym momencie jedyny dostępny materiał nieprzemakalny, zdobiony w kolorowe kwiatki. Użyty przeze mnie jako kombinezon przeciwdeszczowy na granicy między Czechosłowacją a NRF wywołuje ciekawość mundurowych. Zastanawiam się nawet przez chwilę, czy nie zdjąć cudacznego stroju, ale wkrótce doceniam jego walory: deszcz leje przez kilka godzin, właśnie wtedy gdy forsuję granicę.

W tym miejscu jest ona naprawdę realną żelazną kurtyną, również w sensie dosłownym. Składa się z kolejnych betonowych zapór i rzędów zasieków z drutu kolczastego z tabliczkami opatrzonymi trupimi czaszkami. Jedzie się przez parę kilometrów od posterunku do posterunku, a przy każdym trzeba swoje odczekać.

– Jak się Pan wyekwipował i co Pan ze sobą bierze w trasę liczącą prawie 10 tys. km?

– Biorę trochę części zamiennych. Oprócz łańcuszka sprzęgłowego i napędowego – linki, żarówki oraz zestaw kluczy. Mam ponadto rzeczy osobiste niezbędne w podróży, ubranie na zmianę, słowniki, instrukcję naprawy motocykli, maszynkę spirytusową, suchary i konserwy.

– Jak Pan to wszystko mieści na skuterze?!

– Zamówione wcześniej u kaletnika dwie torby ze świńskiej skóry, pomalowane w kolorze skutera umieszczam po obydwu stronach obudowy pojazdu, a trzecią – na tylnej części siedzenia. Biorę tyle, ile mogą pomieścić te trzy torby. Najcenniejszą rzecz, banknot o nominale 20 dolarów, chowam pod wkładkę w bucie. To jest ekwiwalent, jeśli się nie mylę, sześciu miesięcy pracy mojego ojca, oczywiście wedle kursu czarnorynkowego.

W PRL w przeciwieństwie do pozostałych demoludów samo posiadanie waluty zagranicznej nie jest zakazane, jednak wywóz choćby jednego dolara wymaga już zezwolenia. Paszport na zachód upoważnia do zakupu 10 dolarów w banku po kursie oficjalnym, który jest 20- czy nawet 30-krotnie niższy niż horrendalny kurs na wolnym – czyli nielegalnym – rynku.

– To znaczy, że wybiera się Pan w podróż do zachodniej Europy za Pireneje łącznie z 30 dolarami?

– W Polsce to wtedy fortuna. Na granicy polskiej, zresztą na czeskiej też, drżę ze strachu że celnicy każą mi zdjąć buty. Z 30 dolarami nie czuję się jednak biedakiem. Nawet także na Zachodzie ta suma ma wielokrotnie wyższą siłę nabywczą niż obecnie. Benzyna jest kilkanaście razy tańsza, a mój skuter Osa pali zaledwie dwa litry na każde sto kilometrów. Zresztą odjeżdżam niedaleko od granicy czeskiej, gdy niespodziewanie udaje mi się wzbogacić.

– ???

– Jadę zwykłą drogą w kierunku autostrady na Monachium. Nagle z boku wyjeżdża mercedes i gwałtownie przede mną hamuje. Zdążam tylko odbić w lewo, ale osłoną skutera lekko zawadzam o zderzak samochodu i rozpoczynam jazdę zygzakiem z jednego pobocza na drugie. Bogu dzięki nikt nie jedzie z naprzeciwka. Po około stu metrach wyprowadzam skuter na prostą. Kierowca podjeżdża do mnie, jest blady, ale szczerze się cieszy gdy widzi, że nic złego mi się nie stało. Pomaga mi wyprostować przednią osłonę skutera. Pyta czy domagam się wezwania policji. Odmawiam, po prostu się cieszę, że mój pierwszy w życiu wypadek tak szczęśliwie się zakończył. Niemiec przeprasza i kładzie na siedzeniu skutera 100 marek pytając, czy ta suma wystarczy mi na naprawę skutera. To szczęście w nieszczęściu pozwoli mi później przetrwać czarne godziny.

Policjant potrafi nawymyślać

 

– Jakie odległości pokonuje Pan w ciągu dnia?

– Po noclegu w Pradze kolejny odcinek kończy się aż w Paryżu. Jadę dzień i noc. W Niemczech Zachodnich – po

Jedno z hiszpańskich miasteczek
Jedno z hiszpańskich miasteczek
raz pierwszy w życiu autostradami, wrażenia niesamowite. Już się zaczyna jarzyć zorza poranna, gdy ku memu zaskoczeniu zauważam napisy w języku francuskim. A przecież nie było żadnej kontroli paszportowej! Jako produkt edukacji socjalistycznej staję przed widmem nielegalnego przekroczenia granicy. W panice zawracam. Wreszcie widzę niepozorny posterunek, którego poprzednio nie zauważyłem z powodu ciemności, a dalej – most. Już wiem, że znalazłem się w Strasburgu. Zaglądam przez okno budki, w środku śpi policjant. Zastanawiam się czy go budzić, przecież jestem już we Francji i mogę jechać dalej. Z drugiej strony dla polskich władz liczy się pieczątka.

– Budzi Pan policjanta?

– No tak, muszę przecież mieć tę przeklętą pieczątkę. Policjant wyrwany ze snu wysłuchuje z rosnącą irytacją moich obiekcji, uznaje je za idiotyczne i czerwony ze złości, wykrzykując niecenzuralne słowa posyła mnie do wszystkich diabłów. To jest zderzenie dwóch cywilizacji. Dla mnie granica to zasieki nie do sforsowania. A w tym samym czasie Niemcy i Francja mają już swój Schengen. Zwymyślany przez policjanta ruszam dalej. Ale pieczątkę mam.

– Moment – jedzie Pan dalej bez odpoczynku? Jeśli dobrze rozumiem Pan za sobą prawie całą dobę jazdy.

– Chcę dotrzeć do Paryża jeszcze tego samego dnia, żeby nazajutrz rano stawić się w konsulacie hiszpańskim po odbiór wizy. Nie mam czasu na odpoczynek. We Francji jeszcze nie zbudowali autostrad, jadę krętą drogą po pagórkach Alzacji. Budzi się dzień, a mnie coraz bardziej kleją się oczy. Jazda na takim zmęczeniu to nie jest dobry pomysł. Na kolejnym zakręcie kierownica wypada mi z rąk i lecę wraz ze skuterem do przydrożnego rowu. Jestem tak zmęczony że nie mam nawet siły się podnieść. Obok obojętnie przejeżdżają samochody. I wie Pan co robię? Wyłączam silnik i zasypiam na miejscu, przytulony do skutera.

– Długo Pan tak śpi?

– Trudno powiedzieć, budzi mnie przypiekające słońce. Gotuję wodę na kuchence spirytusowej, zjadam suchary i ruszam dalej. Podróż z Pragi do Paryża trwała 36 godzin łącznie z przekraczaniem granic, noclegiem w rowie, szukaniem kantorów, tankowaniem paliwa i chrupaniem sucharów. Ale trzeba jeszcze znaleźć schronisko młodzieżowe.

– Skąd Pan wie o tego rodzaju noclegowniach?

– W Warszawie odnalazłem wcześniej Międzynarodowe Towarzystwo Schronisk Młodzieżowych. Za noclegi w takich schroniskach płaci się grosze, ale mieszczą się zwykle w starych, zaniedbanych budynkach.

– Jaki jest dalszy plan Pańskiej podróży?

– Na pierwszy przystanek docelowy wybieram Barcelonę. Przez Francję nie da się jechać szybko bo brakuje autostrad. Po drogach wlecze się sporo domków na kółkach, są przecież wakacje.

– Jakieś różnice cywilizacyjne?

– Najbardziej mnie dziwi jak w samo południe zamiera ruch. Samochody zatrzymują się tam, gdzie ich zastanie godzina 12. Ludzie rozstawiają stoliki turystyczne na poboczach i ot, tak, prostu jedzą obiad. Na poboczach jest pełno śmieci.

Skuter Osa w przepaści

 

– Wróćmy do podróży. W którym miejscu przekracza Pan granicę francusko-hiszpańską?

– W Pirenejach, w pobliżu Andorry. Francuscy pogranicznicy w ogóle się mną nie interesują i każą jechać dalej. Hiszpanie patrzą jednak na mój paszport z niedowierzaniem, gdyż pierwszy raz w życiu widzą komunistyczny dokument podróży, ale wpuszczają mnie do siebie bez problemów, nawet z wyrazami sympatii. Ledwie przekraczam granicę, wpadam pod chmury deszczowe. Zatrzymuję się koło przydrożnego domu i skrywam pod okapem. Natychmiast z okna wygląda jakaś kobieta i zaprasza mnie na migi do wnętrza, gdyż ulewa przybiera na sile. Jestem bardzo zaskoczony tym polskim gestem. W podobnych sytuacjach we Francji spotykałem się poprzedniego dnia raczej z obojętnością. Niestety gospodyni mówi po katalońsku, a mój hiszpański nie jest dla niej zrozumiały.

– Czy jeszcze tego dnia dotrze Pan do Barcelony?

– Nie. Przejeżdżam raptem kilka kilometrów. Droga nad przepaścią jest wąska, stroma, śliska. Nagle ląduję rękoma na asfalcie, dobijam głową i jeszcze chwilę szoruję na brzuchu. Po chwili unoszę głowę, ruszam ręką jedną, drugą, nogami. Wszystko całe, choć strasznie obolałe. Wstaję i nie chcę wierzyć, że nic mi się nie stało. Ledwie się podnoszę, a już stoi za mną ciężarówka i dwa motocykle. Kierowcy podtrzymują mnie i dziwią się, że żyję.

– A skuter?

– Poleciał gdzieś na dół, w przepaść – jestem o tym przez dłuższą chwilę przekonany. Nagle dociera do mnie spokojny, miarowy odgłos silnika. Wcale nie z dołu, z przepaści, a gdzieś blisko. Skuter, gdy z niego zeskoczyłem, pojechał krosem po zboczu, wbił się w gęste krzewy i dosłownie zawisł nad przepaścią. Tylne koło nie dotyka podłoża, więc silnik pracuje dalej. Zatrzymują się jeszcze dwa samochody i tak mam do pomocy pięciu chłopa. Kombinują , jak wyholować skuter z krzaków i nie polecieć razem z nim w dolinę. Przy pomocy lin i ciężarówki operacja ta kończy się powodzeniem.

– Ale chyba nie wsiada Pan od razu na skuter by jechać dalej?

– Chciałem tak zrobić, ale nie znałem wtedy Hiszpanów. Kierowca ciężarówki głosem nie dopuszczającym sprzeciwu – naprawdę to nie była prośba, tylko polecenie! – nakazuje mi jechać za sobą. Docieramy do jego domu. Tam liczna hiszpańska rodzina dowiaduje się nadzwyczajnych nowin. Każą mi się oporządzić i siadamy do kolacji. Trwa zbyt długo, bym mógł kontynuować podróż. Zresztą całą poprzednią noc spędziłem na siodełku skutera. Zanim głową dotknę poduszki już śpię.

Jeszcze bardzo dzika w latach 60. Hiszpania
Jeszcze bardzo dzika w latach 60. Hiszpania
A następnego dnia w Barcelonie dopiero około północy odnajduję schronisko młodzieżowe. Nie ma miejsc, ale teraz ja jestem stanowczy i nie daję się odprawić z kwitkiem. Kierownik schroniska, Mario (jakoś zapamiętałem jego imię) stawia więc dla mnie w namiocie łóżko polowe, które w jednej trzeciej wystaje na zewnątrz. Nogi mam w namiocie i zasypiam patrząc w gwiazdy.

– Czy jako cudzoziemiec jest Pan jakoś szczególnie postrzegany?

– Tylko dzięki nietypowemu skuterowi. Często jestem zagadywany na skrzyżowaniach, stojąc pod światłami. Swoją osobą przestałem zwracać uwagę gdy zdjąłem z głowy kask górniczy. Inni motocykliści też nie chronią głowy, chyba jeszcze wtedy nie ma tam takiego obowiązku. Natomiast mój skuter wzbudza spore zainteresowanie. Rośnie ono gdy informuję, że to wytwór polskiego przemysłu. Muszę dodać, że przeciętny Hiszpan nie wie absolutnie nic o ówczesnej Polsce. Słyszał co najwyżej, że to satelite sovietico, a po ulicach chodzą białe niedźwiedzie.

Skuter Osa i motocykle Ossa

 

– Czy Hiszpanie są wówczas dużo bardziej zaawansowani motoryzacyjnie niż Polska?

Lata 60., Somosierra. Ta droga łączyła Madryt i Burgos
Lata 60., Somosierra. Ta droga łączyła Madryt i Burgos
– Hiszpania znajduje się wtenczas w okresie, że tak powiem, pre-motoryzacji. Wiele osób przemieszcza się na osłach. Na ulicy widać się głównie Cinquecento, produkowane na licencji Fiata w zakładach Seat w Barcelonie. Dominują motocykle, przeważnie marki Ossa. Był to skrót, podobnie jak Seat. Nic dziwnego, że moja Osa przez jedno „s” wywołuje sensacyjną ciekawość. Tym większą, gdy tłumaczę, że ta nazwa znaczy to samo, co skutery Vespa, obok których często zatrzymuję się na skrzyżowaniach.

– Jak reagują Hiszpanie na widok polskiej Osy?

– Myślę, że sympatycy motocykli są tacy sami wszędzie na świecie. Standardowo zadają pytania o parametry techniczne i oceniają wygląd skutera, używając najczęściej określeń mastodonte i robuste. To aluzja do mocarnego kształtu Osy w porównaniu z dość delikatną Vespą. Zresztą na ulicach widać jeszcze dziwniejszy pojazd trójśladowy marki Mak. Nazwa budzi zdziwienie, gdyż litera „K” występuje bardzo rzadko w języku hiszpańskim. Moja ciekawość doprowadza mnie do nadzwyczajnego odkrycia. Nazwa MAK okazuje się pierwszą sylabą nazwiska Makowiecki. Inżynier Stanisław Makowiecki to polski konstruktor, którego zawierucha wojenna rzuciła do Hiszpanii, gdzie stał się jednym z animatorów motoryzacji. Skonstruował on trójkołowy motocykl, który przez pewien czas był głównym środkiem transportu w całym kraju. Jego żona, Gabriela Makowiecka była profesorem uniwersytetu w Madrycie.

– Poznał Pan jakichś ciekawych ludzi?

Obejście biednej rodziny chłopskiej w Galicji, która przenocowała pana Romana
Obejście biednej rodziny chłopskiej w Galicji, która przenocowała pana Romana
– Ciekawych ludzi spotykam na każdym kroku. Zaprzyjaźniam się z esperantystą o imieniu Aureli, jest fanatycznym Katalończykiem i zapiekłym wrogiem generała Franco. Jako taki uważa za swój święty obowiązek zawieźć mnie na Montserrat. Interesuje się moim skuterem, testuje go, stwierdza, że corre mucho – dobrze ciągnie, więc z chęcią oddaję mu kierownicę, żeby samemu nie prowadzić po nieznanej, górskiej drodze.

W miarę jak wznosimy się po krętej i stromej szosie, dech mi w piersi zapiera nie majestatyczny, ciągle zmieniający się widok, lecz sposób jazdy mojego kierowcy. Wyciska z Osy ostatni dech i nie patrząc na drogę pokazuje, co mam oglądać. Na dodatek co chwila się odwraca żeby sprawdzić, czy ja dość pilnie śledzę niepowtarzalne piękno Montserrat.

– Ciekawe doświadczenie. A jaka była prędkość przelotowa Osy?

– Ulubiona jej prędkość to 60-70 km/h. Mogła wyciągnąć więcej, ale się wyraźnie męczyła i więcej paliła, a ja musiałem oszczędzać na paliwie.

WFM Osa

Skuter Osa w pełnej krasieSkrót WFM oznacza Warszawską Fabrykę Motocykli, która mieściła się przy ulicy Mińskiej 25. Produkcja seryjna skutera Osa M-50 ruszyła w 1959 roku. Silnik miał pojemność skokową 150 cm3 i moc 6,5 KM.

Doświadczenia zebrane w trakcie eksploatacji tego modelu były w 1962 roku podstawą do opracowania nowej Osy – M-52 wyposażonej w silnik S-33 chłodzony dmuchawą. Skuter Osa otrzymał pojemność skokową 173 cm3 i moc 8 KM. Zmieniono układ dźwigni biegów i hamulca, dołożono zamki, wydłużono kanapę, powiększono zbiornik paliwa i wyeliminowano tendencję do przegrzewania się silnika podczas długotrwałej jazdy przy wysokich temperaturach.

Trzy lata później nagle przerwano produkcję i była to prawdopodobnie wymuszona przez Sowietów decyzja polityczna.

– Dokąd zmierza Pan dalej?

Polski skuter Osa M-52 przy stacji kolejowej Somosierra, 3590 kilometrów od Warszawy
Polski skuter Osa M-52 przy stacji kolejowej Somosierra, 3590 kilometrów od Warszawy
– Jadę w kierunku Madrytu. Po drodze, w prowincji galicyjskiej (polski odpowiednik województwa – red.) macha do mnie mężczyzna, który w szczerym polu stoi przy samochodzie. Paliwo mu się skończyło, prosi mnie, bym go podwiózł do najbliższej stacji benzynowej. Jakież jest jego zdziwienie, gdy ja pogrzebawszy w swych torbach wyciągam litrową banieczkę z benzyną. Przywiozłem ją jeszcze z Polski, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie rusza się z domu bez zapasowego kanistra. Po paru tysiącach kilometrów przydaje się, i to zupełnie nieznajomemu człowiekowi. Kiedy opróżniam bańkę nieznajomy sięga do portfela.

– Domyślam się, że nie bierze Pan pieniędzy.

– W Polsce pod tym względem panuje w tym czasie prawo pustyni. Nie bierze się pieniędzy za taką przysługę. Spontanicznie nie przyjmuję więc zaoferowanej mi sumy tłumacząc, z jakiego powodu. Kierowca nie chce wierzyć, jest wzruszony. Kiedy się dowiaduje co do celu mojej podróży pyta, czy mogę zostać jego gościem. Oczywiście nie odmawiam. Przygodny znajomy okazuje się adwokatem z Madrytu, przyjechał do letniej rezydencji w swej ojczystej Galicji.

To tutaj dojechał objuczony ośmiokonny skuter Osa.jpg
To tutaj dojechał objuczony ośmiokonny skuter Osa.jpg
Najpierw zawozi mnie do swej letniej willi, gdzie wczasuje z całą rodziną. Mogę się wykąpać , odsapnąć, zjeść kolację w rodzinnym gronie. Wtedy gospodarz zabiera mnie na wieczorne zwiedzanie… barów, uznając, że pielgrzymkę do pobliskiego Santiago de Compostela zdążę zaliczyć kiedy indziej. Wchodzimy do pierwszego lepszego baru. Don Santiago gromkim głosem nakazuje milczenie i oświadcza: Oto mój przyjaciel z Polski. Poratował mnie, gdy stanął mi samochód na drodze. I wyobraźcie sobie, że nie przyjął pieniędzy, gdyż polski obyczaj na to nie pozwala. W ten sposób staję się nieoczekiwanie bohaterem wieczoru.

– Wspomniał Pan, że Hiszpania nie była drogim krajem. Czy mimo wszystko Pana zapas gotówki starcza na kontynuację wyprawy?

– Wydałem już drobne pieniądze i w portfelu mam jedynie banknot 1000 peset. Największy wtedy nominał. Czy to w hotelu, czy w restauracji, czy w sklepie – za każdym razem powtarza się ta sama sytuacja: nie mają wydać reszty. Machają tylko przyjaźnie ręką i życzą wszystkiego najlepszego. W ten sposób udaje mi się żyć darmo przez parę dni.

– Ile to 1000 peset?

– Dla tych ludzi to była bardzo wielka suma. Galicja należy do najbiedniejszych rejonów Hiszpanii. Ceny tam są znacznie niższe niż gdzie indziej. A te 1000 peset to ekwiwalent, proszę sobie wyobrazić, ledwie 8 dolarów! To inna epoka. Mimowolne korzyści z banknotu o wysokim nominale rekompensuję poniekąd w taki sposób, że często podwożę ludzi, którzy mnie zatrzymują na drodze i to niemal na całej trasie. Niekiedy kończy się to kolejnymi zaproszeniami.

Skuter Osa – dane techniczne

Ośmiokonny skuter Osa w czasach współczesnych

  • silnik: jednocylindrowy, dwusuwowy, chłodzony powietrzem o obiegu wymuszonym dmuchawą,
  • pojemność skokowa: 173 cm3
  • moc: 5,9 kW (8 KM) przy 4800 obr/min
  • maksymalny moment obrotowy: 12,7 Nm przy 3500 obr/min.
  • prędkość maksymalna: 95 km/h
  • masa bez płynów: 125 kg
  • paliwo: mieszanka benzynowo-olejowa (1:25)
  • pojemność zbiornika paliwa: 7,5 l
  • skrzynia biegów: trzybiegowa, dźwignia nożna
  • dopuszczalna masa całkowita: 305 kg

 „Ojcze nasz”, czyli czysty niemiecki

 

– Często zdarza się Panu podczas podróży korzystać z gościnności i zatrzymywać na noc u obcych ludzi?

Słynne wiatraki z La Manchy
Słynne wiatraki z La Manchy
– Mieszkam przeważnie w domach prywatnych u esperantystów, do których mam listy polecające. Ale zapuszczam się także w obce strony. Pewnego razu zatrzymuję się w lichej gospodzie. Natychmiast ktoś się mną zaczyna interesować i od słowa do słowa trafiam do ubogiego domu, którego jedna połowa jest mieszkaniem, a druga oborą, gdzie widać dwa osły. Częstują mnie twardym chlebem, jeszcze twardszym serem i winem. Schodzi się parę osób. Próbuję im wytłumaczyć, gdzie leży Polska. Kiwają głowami że rozumieją, obok Niemiec. Wówczas pada pytanie, czy w Polsce mówi się po niemiecku.

Oczywiście zaprzeczam – zostaję zatem poproszony, żeby powiedzieć parę słów po polsku. Zaczynam: Ojcze nasz, któryś jest w niebie… Gospodarz przerywa mi i oświadcza z miną znawcy: Przecież to niemiecki!” Pozostali przytakują mu skinieniem głowy.

– Wracając do Somosierry, czy bez trudu pokonuje Pan kręte drogi wąwozu?

– Dzięki ośmiu koniom mojej Osy bez trudu wspinam się aż do przełęczy na wysokość 1440 m n.p.m. Tymczasem jestem przygotowany na wręcz nadludzki wysiłek, bowiem taki obraz Somosierry przedstawia legenda narodowa w literaturze, pieśniach i malarstwie. Na przykład na płótnach Kossaka, Michałowskiego, Sonntaga szarża polskich szwoleżerów przypomina wręcz alpinistyczne wyczyny. Walery Gąsiorowski opisuje Somosierrę jako kręty i wąski wąwóz o urwistych skalnych ścianach.

W epoce klęsk narodowych legenda zwycięskiej szarży miała podnosić na duchu zniewolony naród. Inna sprawa, że żaden wspomniany autor nigdy na miejscu nie był.

Wąwóz Somosierra

Wąwóz Somosierra wcina się w północny stok pasma Sierra Guadarrama i kończy na przełęczy o tej samej nazwie na wysokości 1440 m n.p.m. Stąd staje otworem droga na południe do Madrytu, odległego o 65 kilometrów.

– A jak spisuje się skuter Osa? Ma Pan jakieś awarie?

Somosiera. Dziś biegnie tędy autostrada A1 łącząca Madryt i Burgos
Somosiera. Dziś biegnie tędy autostrada A1 łącząca Madryt i Burgos
– Tak, z Toledo jadę zwiedzać La Manchę Don Kichota, a potem kieruję się do Andaluzji przez pasmo Sierra Morena. Tam spotyka mnie najgorsza przygoda mojej wyprawy. Na górskich bezdrożach, w piekącym słońcu, bez skrawka cienia muszę naprawiać własnymi rękoma pęknięty łańcuch sprzęgłowy. Jadę według kupionej już w Hiszpanii mapy drogą w kierunku Cordoby. Kiedy Osa wynosi mnie w wyższe partie gór, droga się nagle urywa. Czerwona linia na mapie okazuje się kamienistym górskim traktem. Kręty i stromy podjazd usypany ostrymi kamieniami zmusza do jazdy na jedynce, a tylko w porywach na dwójce. Jest piekielnie gorąco. Przeładowany skuter chłodzony dmuchawą tak się grzeje, że muszę co jakiś czas wyłączać silnik. Ponowne uruchomienie przy pomocy kopniaka jest niemożliwe. Toteż gaszę silnik na wzniesieniu, a ruszam na pych. Zjeżdżając wrzucam drugi bieg i silnik zaskakuje. Podczas kolejnej próby słyszę zgrzyt, huk i motor gaśnie na amen.

– I co Pan robi?

– Czuję się bezradny jak niemowlę. Rozglądam się i ogarnia mnie przerażenie, dookoła jest kamienista pustka. Od ostatniej miejscowości odjechałem około 20 kilometrów. Patrzę na mapę – do następnej miejscowości mam tyle samo. Jest połowa sierpnia, temperatura około 40 stopni, oczywiście mierzona w cieniu, ale w tym miejscu żadnego cienia nie ma, najmniejszego drzewka, tylko rachityczne krzewy. W takich warunkach rozpoczynam studiowanie książki o naprawie motocykli. Najpierw jest wstęp o dynamicznym rozwoju motoryzacji w Polsce. Następny rozdział opowiada o budowie motocykla, w tym m.in. o rodzaju stali, wyrażanej w symbolach, które są dla mnie abrakadabrą. W końcu docieram do rozdziałów o naprawie i popadam w rozpacz uświadamiając sobie, jak wiele rzeczy może się w motocyklu popsuć.

– Co jest przyczyną awarii?

– Idę po rozum do głowy i domyślam się, że chyba chodzi o skrzynię biegów. Po przestudiowaniu odnośnego rozdziału chcę wierzyć, że uległ uszkodzeniu łańcuch sprzęgłowy, który akurat mam wśród nielicznych części zamiennych. I tak na szczęście jest.

– Książka od kolegi przydała się?

– Na dobrą sprawę przydatne jest tylko jedno zdanie, jedna rada: w razie awarii skrzyni biegów należy motocykl położyć tak, żeby przy jej rozmontowaniu nie wyciekł olej. Nie będę opowiadał o mękach laika, który pierwszy raz w życiu wykonuje szereg czynności technicznych w celu dotarcia do wnętrza skrzyni biegów i do tego pod piekącym słońcem Hiszpanii.

– Co widzi Pan we wnętrzu skrzyni biegów?

– Porwany łańcuch. Choć ledwie żywy, czuję się szczęśliwy, gdyż tryby nie są uszkodzone. Wyciągam zapasowy łańcuch i… cóż, nie wiem, jak go założyć. Znowu zaglądam do książki. Czytam, że trzeba przy pomocy ściągacza zdjąć sprzęgło, założyć nowy łańcuch i z powrotem zamontować sprzęgło. Prosta sprawa, ale nie mam jakiegoś ściągacza i nawet nie wiem jak on wygląda. Jestem w sytuacji bez wyjścia. Dookoła nie ma żywej duszy, w ciągu paru godzin nikt tą drogą nie przejechał. Nie mam już wody, jedynym płynem jest olej, który błyszczy w otwartej skrzyni biegów.

Polacy pod Somosierrą

W 1808 roku Napoleon Bonaparte dokonał inwazji na Hiszpanię. Potężna armia francuska idąca na Madryt stanęła przed masywem Sierra Guadarrama u wlotu do wąwozu Somosierra, którego strzegły baterie dział piętrowo ustawione za kolejnymi zakosami wzgórz z obydwu stron, wspomagane przez ogień 13 tysięcy karabinów. Użycie artylerii francuskiej było niemożliwe, szturm piechoty jeden po drugim kończył się masakrą.

Na pole bitwy przybył sam Napoleon, jak zwykle otoczony przez gwardię cesarską, złożoną w tym momencie z dwóch szwadronów polskich szwoleżerów. Bonaparte błyskawicznie ocenił sytuację i wydał Polakom rozkaz samobójczej, jak się zdawało, szarży. Po kilkunastu minutach obydwa szwadrony znalazły się na przełęczy, za nimi ruszyła piechota i droga do Madrytu, stanęła otworem.

Według anegdoty, marszałek Murat bagatelizując sukces polskich szwoleżerów stwierdził: Oni byli pijani! Na co cesarz miał odpowiedzieć: Bądźcie zawsze tak pijani, jak Polacy!” Zawistni Francuzi odcięli początek zdania i zostało: Pijani jak Polacy.

– Będę zgadywał: idzie Pan pieszo szukać pomocy?

– Jestem już na skraju wyczerpania. Patrzę na zniszczony łańcuch i znajduję rozwiązanie. Przy pomocy klucza francuskiego i śrubokręta rozmontowuję  łańcuch zapasowy, nakładam go na tryby i próbuję  z powrotem połączyć. Ten genialnie prosty pomysł jest jednak niewykonalny: łańcuch okazuje się odrobinę za krótki. Trzeba go najpierw naciągnąć na trybach, połączyć ogniwa i dopiero wtedy wcisnąć kołek. Niestety brakuje mi trzeciej ręki. Jestem w opłakanym stanie, zapada zmierzch, a ja tkwię na pustkowiu. Ponawiam desperackie próby i ciągle mi brakuje tego ułamka milimetra. Dziś już nie pamiętam, jak to się stało, że łańcuch się nagle połączył. Przykręcam pokrywę skrzyni biegów, stawiam Osę na koła i z drżeniem serca uruchamiam silnik. Dodaję ostrożnie gazu i czekam, kiedy ponownie usłyszę jazgot rozerwanego łańcucha. I proszę sobie wyobrazić, że bezawaryjnie uda mi się dojechać nie tylko do Cordoby, ale także wrócić do Polski.

– Jesteśmy w drodze powrotnej. Podsumowania?

Na takim pustkowiu zerwał się w moim skuterze Osa łańcuch sprzęgłowy
Na takim pustkowiu zerwał się w moim skuterze Osa łańcuch sprzęgłowy
– Podsumowaniem podróży była książka, którą opublikowałem po powrocie do kraju. Teraz mogę jedynie wygłosić pochwałę podróży pojazdem jednośladowym. „Osie” zawdzięczam dotknięcie Hiszpanii niejako własną ręką. Widziałem wszystko z bliska, docierałem do najdalszych zakątków, poznałem mnóstwo autentycznych ludzi, opisywałem kraj z autopsji. To nie byłoby w takim stopniu możliwe, gdybym jechał samochodem czy pociągiem. Motocykl pozostawia poczucie zdobywania. Kiedy wróciłem do domu, wjechałem na podwórko domu przy ulicy Grochowskiej 142, spontanicznie nacisnąłem klakson i trzymałem go bez końca. Zbiegli się sąsiedzi, ale najpierw dopadła mnie mama, śmiała się i płakała. I właśnie wtedy poczułem się zdobywcą. To była moja Somosierra.

– I to byłby dobry finał naszej rozmowy. Ale korci mnie jeszcze tylko jedno pytanie. Wspomniał Pan, że po powrocie był Pan w fabryce WFM. Jak zareagowała na Pana wyczyn fabryka? Przecież zrobił Pan jej wielką reklamę.

– Za namową kolegów udałem się na Mińską i zostałem przyjęty na wysokim szczeblu. Opowiedziałem pełen entuzjazmu o swej podróży, pochwaliłem Osę za te 10 tysięcy kilometrów prawie bezawaryjnej jazdy. Dyrektor, pan Roman Pijanowski mnie wysłuchał i z całą powagą oświadczył: W naszym zakładzie obowiązuje zasada: Ja nie wypuszczę braku! I to wszystko. Fabryka nie potrzebowała żadnej reklamy, bo w tamtych czasach producent nie zabiegał o klienta.

Po swoim wyczynie mogłem co najwyżej szansę załatwić sobie kupno następnego skutera po znajomości. Ale go nie kupiłem. Na tej samej Osie w następnym roku objechałem dookoła Niemcy. Ale to już inna historia.

Rozmawiał Mariusz Ignatowicz.

Zdjęcia pochodzą z archiwum Romana Dobrzyńskiego

12 KOMENTARZE

  1. Wielki podziw i szacunek dla Pana i zapewnienia, że sądzę, iż cudne musiał Pan mieć wnętrze, żeby w tamtym czasie wyruszyć do Espanii i to Osą. Wszelkie słowa są zbędne, bo nie oddadzą mojego zachwytu i życzliwej zazdrości. Ja jeżdzę do Espanii motocyklami, ale to przy Pana wyczynie wstydliwy drobiazg. Bravo i dziękuję z wywiad plus zdjęcia. Tomasz.

  2. Witam;
    Pełen szacun Panie Romanie za wyczyn,którego pan dokonał.
    Również w 100% zgadzam się ze stwierdzeniem” Motocykl pozostawia poczucie zdobywania.”
    Pozdrawiam Marek

  3. Świetnie się czytało Pańskie opowiadanie . Uwielbiam przygody i jestem zachwycony Pana dokonaniem , czytając- stawiałem siebie na Pana miejscu – to musiało być fascynujące.

  4. „Pijany jak polak” – to było bardzo pochlebne określenie. Cóż należ polecić tą opowieść dzisiejszym zdobywcom nieznanego, którzy jadą w kilkunastu wyposażonych w serwisowego vana, nawigację itp. planuję samotną wyprawę Truphem Bonnevillem do Utah na słone jezioro. Pozdrowienia dla autora wyprawy Pana Romana Dobrzyńskiego. Tadek

    • Frank: w 1967 roku ukazał się zbiór reportaży pana Romana „Hiszpania z elementarza”. Był tam m.in. opis podróży na Osie.

  5. Pozdrawiam Pana Romana .
    Moglibyśmy sobie sporo poopowiadać gdyż ja w 1966 r pojechałem SHL-175 też za żelazną kurtynę t.j Czechosłaowacja, RFN, Austria Włochy (NeapolVezuwio), i w powrotnej drodze przez Szwajcarię do domu.
    z turystycznym pozdrowieniem
    Henryk Ryś

  6. a ja sobie jeżdże to tu , to tam- nakłaniając znajomych na jakiś wypad dalszy.I kręcę głową, słysząc gdy mówią, że fajnie byłoby pojechać gdzieś dalej, ale jak przyjdzie” co do czego”, to nie mogą bo robota, bo dzieci ,bo żona……………..i kiedy natrafię na taki reportaż to wiem ,że pierdoła jestem ja sam.
    Pozdrawiam

  7. Fantastycznie się czyta…
    Podróż w takich realiach nabiera całkowicie innego znaczenia, szczególnie, gdy w dzisiejszych czasach mamy dostęp do gps, stacji benzynowych, kart kredytowych…właściwie wszystko jest na wyciągnięcie ręki.
    Podziwiam ludzi, którzy pomimo przeciwności losu byli w stanie dokonać coś wielkiego, a wyczyn Pana Romana z pewnością do takich należy!
    Panie Romanie, jest Pan inspiracją dla mnie, ale i przypuszczam, że dla innych młodych ludzi.
    Dzięki za bardzo ciekawy artykuł…mam nadzieję, że kiedyś ,choć w niewielkim stopniu, będę bogaty w tak znakomite wspomnienia jak Pan.

    Pozdrawiam

  8. Powinni to przeczytać wszyscy wyznawcy złotych kart kredytowych, pakietów ubezpieczeniowych i elektronicznych gadżetów bez których podobno nie da się podróżować .

  9. Jakże miła niespodzianka! Dziękuję p. Mariuszowi Ignatowiczowi za wywiad w poczytnym magazynie MOTOVOYAGER.
    PP. Czytelnikom życzę radości jednośladowego podróżowania. Roman Dobrzyński
    PS. Moja debiutancka książka „Hiszpania z Elementarza” została wydana w 1967 r. przez oficynę „Książka i Wiedza”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!