Jako że obaj mieszkamy w okolicach Piły, w pewien czerwcowy, niedzielny poranek wybraliśmy się wraz z kolegą na jednodniowy wypad po Polsce północno-zachodniej. Motocykl którego dosiadam to Yamaha XJ 600 N, Kuba jedzie Jawą TS 350.

Tekst: Tomasz „Batman” Bogucki

 Zdjęcia: Tomasz „Batman” Bogucki, Jakub „WłUczykij” Plechowski

Otwieram oczy, szybko wstaję i rzucam krótkie spojrzenie przez okno. Jest! Deszczu brak, asfalt suchy, można więc zaczynać.

Zaraz ruszamy. Kompan podróży melduje się na punkcie startowym
Śniadania nie jem, bo konsumpcja jest w planach na jakimś przydrożnym parkingu. W takim razie ostatni rzut na rzeczy, które zabieram i można zaczynać montaż sakw na maszynie.

W międzyczasie dojeżdża Baczyna. Odpala papierosa, a ja jadę jeszcze lunąć do baku. Tankowanie do pełna troszkę ponad 50 zł. Szybki powrót pod dom. Baczyna gotowy? Gotowy. No to ogień w tłoki i jazda!

Więzienie w środku lasu

Po około 40 kilometrach zaplanowane śniadanko. Trochę zimno, ale to nic. Słońce dopiero się rozkręca. Przynajmniej taką mam nadzieję… Śniadanko pyszne – jak zawsze w trasie. Krótka wymiana zdań z przypadkowo poznanym kierowcą, kilka pamiątkowych fotek i w drogę, bo aż nas nosi by jechać dalej.

Następny przystanek to zamek gdzieś między Czaplinkiem a Połczynem – Zdrój. Właśnie tam pod zamkiem zakwita w nas myśl małego spontanu. Postanowione – po zwiedzeniu silosów atomowych jedziemy nad morze nałykać się trochę jodu. Tymczasem jednak kierunek: silos broni jądrowej. W naszej talii baz atomowych to nasz cel nr 3. Droga nadspodziewanie przyjemna i w miarę równa. Czas jednak zjechać w tereny bardziej tajemnicze. Po około 500 metrach jazdy po trylince (standardowa droga do bazy, ostatnio stałem się nawet pewny, że tam, gdzie w lesie trylinka, tam na pewno będzie jakaś radziecka baza) stajemy.

Trylinka

TrylinkaSześciokątne płyty betonowe używane są zazwyczaj do budowy nawierzchni parkingów czy tymczasowych dróg. Nazwa pochodzi od nazwiska polskiego wynalazcy Władysława Trylińskiego, który w 1935 r. opatentował tę nawierzchnię. Był również wynalazcą  używanych do teraz żelbetowych podkładów kolejowych.

Coś nie tak. Jeszcze jeden rzut oka na mapy satelitarne. No tak, przecież dobrze jedziemy – ta biała plama to baza. Co więc jest przed nami? Baczyna idzie na zwiad, a ja cykam dwie szybkie foty. W międzyczasie pojawia się mundurowy, który filuje co robimy. Mam nadzieję, że nie idzie po mój super szpiegowski aparat! Uff, zatrzymał się, ale ciągle nas obserwuje.

Już wszystko wiadomo – to więzienie. Zaraz przyjdzie strażnik
No tak, już wiemy co tu jest. W środku lasu dookoła owinięte drutem kolczastym wyrasta przed nami… więzienie!

A może to tu właśnie przesłuchują arabskich terrorystów i innych Talibów? Może zdemaskowaliśmy przypadkiem ich supertajną i super ukrytą w lesie, nieistniejącą oficjalnie twierdzę? Może dzisiaj już się ewakuują po zdemaskowaniu? Może w gazetach coś będzie, to zostawię na pamiątkę?

Droga do bazy wiedzie obok. No to strzał, w cylindrach wybuch i ruszamy ku nieznanej radiacji. Jest! W końcu widać silos atomowy 3001! I to w jakim stanie!? A no w idealnym. Szkoda tylko, że wszystkie wejścia są zablokowane lub zaspawane. Lekka lipa. Szkoda, że nie mam jakiegoś turystycznego brzeszczotu, to bym się z tymi Gerdami raz dwa rozprawił.

Kanały wentylacyjne ciągle sprawne
No więc cykamy foty, łazimy, uważamy na kanały wentylacyjne ukryte pod ściółką, a międzyczasie się zastanawiamy gdzie uderzyć, aby ktoś nam to wszystko pootwierał do zwiedzania.

Jeszcze tu więc wrócimy.

Czas nagli. Trzeba jechać dalej, ku północy.
Szybka kontrola pogody – chmury piękne, niebo piękne, za to upał straszny.
– Gdzie jedziemy w takim razie?
– Kołobrzeg?
– A może ta latarnia morska?
– Gdzie?
– O tju, tju.
– Łeee, tam nie ma drogi.
– No to Kołobrzeg?
– A może Ustronie?
– No to Ustronie!

Postanowione. Silniki rozgrzane do czerwoności? To jedziemy.

Trasa miła, zwłaszcza że to słynna droga o stu zakrętach. Winklowania jest co niemiara. W Połczynie kontrolny rzut na mapę. Droga dobra. Ruszamy dalej. Powoli trzeba robić rozeznanie terenu. Szukamy jakiegoś Orlenu, co by w drodze powrotnej zajechać i uzupełnić zapasy paliwożernym bestiom. W Białogardzie – Orlen obecny, zgłasza się do współpracy.

Chyba jedyne w Polsce sprawne drzwi do magazynu głowic
Czyli tę sprawę mamy zabezpieczoną. Ruszamy dalej. Już czuję morską bryzę, już słyszę mewy, aż tu nagle blokada, barierki, zakazy wjazdu, w zasadzie zakazy wszystkiego, tylko drutów kolczastych i zapór przeciw czołgowych brak. Ale zaraz zaraz… A cóż to takiego za tymi barierkami? O to, to czarne? Czy to nie świeżutki piękniutki idealny asfalcik? Jak nie, jak tak?! Głowa w lewo – nikt nie patrzy, głowa w prawo – nikogo nie ma, głowa w tył – czysto. Jedynka – barierki wzięte z lewej, dwójka, trójka, czwórka – barierki zostają w tyle.

Deszcz jak w tropikach

Ładna równa i przyczepna droga zawsze się jednak kończy. Gdzieś po trzech kilometrach jedziemy po czymś, co kiedyś drogę przypominało – żwir, dziury, zwężenia, dziwne pobocza i… samochody. To my się tak zastanawialiśmy czy wjechać, a tamci jeżdżą chyba tylko tędy. Zresztą innej drogi chyba tam nie ma.

Po jakimś czasie tablica: Ustronie M.

Pierwsze chwile w Ustroniu
Mamy to co chcemy! Jest morze! Nie cofnęło się, nie wyschło. I nadal nie posłodzone. Dokładnie takie jak trzeba! Pstrykamy trochę fot, oglądamy, podziwiamy i robimy się głodni. No to bach. Jedna kostka na ziemię – i już się grzeje woda na kawę. Druga kostka bach – i już ląduje na niej patelnia. Na patelni pokrojona w plastry kiełbaska i za chwilę mamy pyszną jajecznicę. Zazwyczaj nie jadam jajecznic, ale ta z widokiem na morze jest naprawdę bardzo pyszna.

Jest dobrze. Jesteśmy nad morzem, brzuchy mamy pełne. Miny wesołe, piasek i przypadkowo trochę morza w butach. E, wyschnie. Czas mija szybko i okazuje się, że już trzeba powoli szykować się do drogi. Spakowani? Gotowi?

Ruszamy.

Drogę powrotną musimy wybrać tę samą, którą przyjechaliśmy. W Białogardzie zjazd na wspomniany wcześniej Orlen. Chwila prawdy. 95 po 4,49. Aż sam jestem ciekawy. Leję, leję i leję. W końcu – jest! Szok! Po 230 kilometrach do baku mieści się tylko 10 litrów! Moja iksjotka spaliła mniej niż 4,5 litra na 100 kilometrów! Zarąbiście! Niestety nie wszystko jest takie miłe. Niebo pęka. Chowamy się na myjni. A może motocykle umyjemy jak już tu jesteśmy?

Schron przeciwdeszczowy zdobyty dzięki uprzejmości pracownika stacji

Kurczę, siąpić nie przestaje. Tam gdzie podążamy jest ładne niebo. Szybka decyzja – jedziemy. Po kilku minutach wjeżdżamy w ładną pogodę. Suchy asfalt, gęby roześmiane. Prujemy dalej. Zaczynają się słynne winkle (tym razem w odwrotną stronę), lewy, prawy, lewy, prawy. Nagle – co to?! O nie! Potężne krople zaczynają się o nas rozbijać. Zaczęła się prawdziwa ulewa.

Przeciwdeszczówki nie mam, ale nawet nie jest potrzebna. Deszcz jest taki, że w ciągu kilku sekund wszystko staje się przemoczone. Spodnie można wykręcać, ale kurtka znowu daje radę – pod kurtką jest ok. No więc jedziemy i mokniemy wypatrując jakiegoś parkingu. Po paru kilometrach jest. Zjeżdżamy. Yamaha XJ600N i Jawa pod wiatę.

Kostka na ławkę, grzejemy wodę na kawę bo zimno. 30 minut – pada, 40 minut – pada. Męska decyzja: musimy jechać dalej. Dobra, jedziemy. Już mamy wyjeżdżać, a tu ulewa się nasila. Dobra, czekamy jeszcze chwilę. Cholera – nie przestaje. Ponowna decyzja: jedziemy.

Droga stu zakrętów. Na żywo drzewa po prawej robią niesamowite wrażenie
Mkniemy po mokrym asfalcie, tniemy kałuże, a daleko za nami samochody. Po kilkudziesięciu zakrętach wjeżdżamy na suchutki asfalt. Ładna pogoda, a my przemoknięci i zziębnięci. Nawet kawa się skończyła. Ta chmura chyba nas goni! Chrzanić to, bo jest sklep. Zsiadamy z rumaków i kupujemy wór kawy. W nagrodę dostajemy trochę wrzątku i po chwili mamy ciepły płyn w żołądkach. Od razu lepiej.

Chmura chyba doszła do wniosku, że z nami nie ma żartów i że nie wygra, bo już nas nie goni.

Czas ruszać dalej. Sprzęgło, jedynka, gaz i jedziemy. Ostatni przystanek w Wałczu w celu skontrolowania co stuka Baczynie. Poluzował się wkład prawego wydechu. Diagnoza – będzie żył. A i ja mogę czuć się bezpieczny. Nie odpali się jak rakieta w moim kierunku. Z Wałcza droga prosta i wyboista. Po godz. 21. zajeżdżam pod bramę. Moto stop, światła out, silnik stop. Chłodnawo, ciemnawo ale wesoło. Było ok.

13 KOMENTARZE

  1. @vaclav dla mnie był ciekawy. nie każdy musi od razu jechać na nord kapp czy do mongolii. dla mnie to bardzo fajna trasa tyklko że mieszkam z drugiej strony Polski a przy dzisiejszych cenach benzyny wole w bieszczady skoczyc

  2. @vaclav: dobre – najpierw zupełnie niekonstruktywnie krytykujesz, a potem narzekasz, że po Tobie jadą ;)
    A artykuł spoko. Pokazuje, że nie trzeba objechać Afryki, żeby mieć o czym napisać.

  3. Vaclav ma racje !!!!
    Powiedzmy sobie szczerze artykuł delikatnie mówiąc średni. Ja dobrnąłem do 1/3 i odpuściłem. Nie da się tego czytać. Nie chodzi tu o sam pomysł i cel wyprawy ale o styl. Facet kompletnie się potracił….

  4. Eliot, skoro przeczytałeś 1/3 to dlaczego wypowiadasz się o całym artykule? Też uważam że relacja jest ok. O Polsce dużo trudniej pisać niż o wyprawie na Korsykę.

  5. Chłopaki pojechali na przejazdzkę, autor streścił nam najważniejsze fakty z wyprawy. Co miał rozprawę na kilka stron pisać ? Pewno następnym razem obleci dłuższy wyjazd to i relacja będzie dłuższa. A tak w ogóle LWG a kłótnie pozostawmy kierowcom puszek w korkach .

  6. Odniosę się do hejtowania, bo konstruktywnej krytyki, którą zawsze przyjmuję z pokorą nie ma tu za grosz…
    Niech koledzy napiszą tu jak opisać wycieczkę, która tylko kilkanaście godzin, trochę ponad 300 i dzień wcześniej zapowiadała się zupełnie inaczej (baza i do domu).
    Jeśli miałbym to opisać z pełną powagą, jakby to była od roku planowana wyprawa, na drugi kraniec świata to nie tylko bym okłamał siebie ale też osobę czytającą. Jeśli, ktoś nie rozumie tego, że przekręcając kluczyk w stacyjce mam taką samą przyjemność jak dziecko dostające nową grzechotkę być może powinien zastanowić się czy moja forma przekazu jest dla niego.
    A jeśli ktoś widzi bezzasadność pisania tekstów o takich wyjazdach być może powinien sam przed sobą odpowiedzieć czy tak na prawdę jest turystą z krwi i kości?
    Co z tego, że ktoś mi opowie jak fajnie było w Kazachstanie czy Indiach, gdy na moje pytanie gdzie w Polsce jest piramida albo skąd w Polsce startowały rakiety w kosmos tenże człek z niedowierzaniem popuka się w czoło?

  7. Jak dla mnie fajna relacja, napisana luźnym stylem :) Nie wiem czego można więcej oczekiwać od relacji jednodniowego wypadu, według mnie zyskuje dlatego że nie jest poważna i drętwa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!