OD REDAKCJI Publikujemy kolejną świeżą relację „od kuchni” z Dakaru. Jej autorzy, Alicja i Stefan to para polskich podróżników motocyklowych, przemierzających Amerykę Południową na BMW R1200GS.

Już od wielu lat Rajd Dakar pobudza nasze zamiłowanie do sportów motorowych. Teraz, gdy od kilku lat odbywa się w Ameryce Południowej, a my akurat się tutaj znaleźliśmy, wielkim błędem byłoby go nie zobaczyć na żywo. Od zawsze marzyliśmy, by zobaczyć, usłyszeć i poczuć atmosferę tego wielkiego wydarzenia. Pomimo iż w Europie Rajd Dakar cieszy się wielką popularnością, tutaj w Ameryce Południowej znany nie jest. Wprawdzie z każdym rokiem zdobywa coraz większą rzeszę fanów, jednak jedynie w miastach przez które przebiega trasa rajdu ludzie mają o nim jakiekolwiek pojęcie.

Dakar? Nie słyszałem

Brak jakichkolwiek informacji o Dakarze, szczególnie w Peru, to dla nas ogromne zaskoczenie. Mało który Peruwiańczyk w ogóle wie, że taka impreza w jego kraju się odbywa. Pomimo zatrzęsienia sklepików z pamiątkami, jakiegokolwiek gadżetu związanego z Dakarem w okolicach atrakcji turystycznych kupić nie sposób. Pamiątki z logo rajdu dostępne są jedynie w trakcie jego trwania i tylko na trasie.

O autorach

Alicja i Stefan są parą, podróżującą po Ameryce Południowej na motocyklu BMW R1200 GS. Wyprawę rozpoczęli pół roku temu w Kolumbii i planują jeździć po tym kontynencie przez następne pół roku. Obecnie utknęli w Argentynie – w motocyklu zepsuła się cewka zapłonowa i czekają na przysłanie nowej z USA.

Więcej zdjęć z podróży na blogu autorów.

By zobaczyć naszych zawodników specjalnie zmieniamy plan naszej wyprawy. Wjeżdżamy do bardzo gorącej o tej porze roku Argentyny i udajemy się 1200 kilometrów na północ do San Miguel de Tucuman. To właśnie do tego miasta w sobotę 12 stycznia zjeżdżają wszystkie teamy Rajdu Dakar. Wieczorem w wielkim parku Hipodromo odbywa się impreza z koncertami. Następnego dnia zawodnicy mają dzień odpoczynku, a załogi reperują maszyny i wymieniają co się da. Mechanicy mogą wymienić wszystko prócz silników i karoserii.

W sklepach z pamiątkami trudno znaleźć dakarowe gadżety
Dokładna trasa rajdu jest udostępniona dla kibiców dopiero trzy dni przed zaplanowanym odcinkiem. Nie ma żadnych informacji, skąd można zobaczyć rywalizację zawodników. Drogi którymi jedzie cały konwój Dakaru są zamykane na dobę przed ich przejazdem. Zobaczenie na żywo wyścigu jest więc naprawdę bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. To dla nas ogromne rozczarowanie.

Cały konwój widzimy dopiero przy wjeździe do miasta. Wkoło tłumy. Ludzie licznie kibicują wszystkim zawodnikom. Atmosfera – wspaniała. My, aby dopingować naszą ekipę, specjalnie szyjemy polską flagę – mamy nadzieję, że dzięki temu będziemy bardziej widoczni. To strzał w dziesiątkę –  właśnie dzięki biało-czerwonemu kawałkowi płótna nasi zawodnicy i rodacy z obsługi odmachują ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Co tu robią Polacy?

Niektórzy zatrzymują się nawet, by wymienić szybkie pozdrowienia. Pomimo niemiłosiernych upałów spędzamy niemal cały dzień czekając na naszych. Ale również my wzbudzamy duże zainteresowanie wśród kibiców. Na każdym postoju wokół naszego motocykla gromadzi się tłumek miejscowych, zadających nam tysiące pytań czy pstrykając z nami fotki.

Serdeczność w 50-stopniowym upale

Kolejnego dnia już bez motocykla ruszamy pod bramę wjazdową na biwak Dakaru. I dzięki wielkiej uprzejmości Zbyszka z Orlen Team (pozdrawiamy!) udaje się nam wejść do środka i zobaczyć Dakar od podszewki. W porównaniu z tym, co wewnątrz to niebo i ziemia. Na zewnątrz – mało reklam, brak informacji, zasłonięte obozowiska i chaos. Już za bramkami to inny świat. Perfekcyjna organizacja, wszystko dopięte na ostatni guzik. Zarówno zawodnikom jak i teamom nie brakuje niczego. Darmowy bufet ze świeżym jedzeniem otwarty do późnych godzin wieczornych, przeróżne chłodzone napoje, alkoholowe zresztą też. Każdy team serdecznie zaprasza ciekawskich do środka, pokazując pojazdy i obozowisko. Wszyscy są niesamowicie mili.

Kolejna polska ekipa
Gdy w końcu docieramy do naszych polskich teamów czujemy się trochę jak w domu. Swojscy ludzie, niesamowicie sympatyczni i weseli. Jedyne co doskwiera wszystkim wkoło to żar lejący się z nieba. Temperatura wynosi około 50 stopni Celsjusza za dnia, w nocy spada do 30. Zawodników oszczędza przynajmniej silny uciążliwy wiatr, niosący pył i piasek, jakiego zaznali na pustyni w Chile.

Cała załoga mieszka w namiotach lub po prostu śpi na materacach pod gołym niebem. Niektórzy zawodnicy noc spędzają w klimatyzowanych hotelach lub w kamperach. Wszyscy Polacy z różnych załóg dobrze się znają i wspierają. Wszędzie unosi się zapach paliwa, spalin i olejów. Doskwiera też hałas – samochody, ciężarówki i motocykle testowane są po naprawach. Co chwila aż do późnych godzin nocnych słychać ryk silników. Samochody co chwila wjeżdżają i wyjeżdżają z terenu obozu wożąc zawodników do hoteli. Wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku.

Mamy okazję spotkać Adama Małysza. Tak samo jak wcześniej, gdy był skoczkiem narciarskim, jest nadal skromny i cichy. Również dzięki niemu Dakar zdobywa w Polsce coraz większą popularność.

Nas szczególnie dziwi, jak wielu Polaków pracuje dla teamów z innych krajów. Wszyscy chętnie z nami rozmawiają, pokazują swoje maszyny. Grubo po północy wracamy do hostelu. Pełni wrażeń i tak nie możemy spać.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!