tytulowe

Można by zapytać, po co wyruszać do kraju wielkości trzeciej części Polski, pozbawionego dostępu do morza i obecności wysokich gór. Odpowiedzi można mnożyć. Dla jego pełnego słońca i optymizmu. W celu poznania prawdziwego znaczenia papryki i wina. Aby odkrywać tajemnice najbardziej interesującej niziny w Europie i mknąć długimi prostymi wśród stepu, żeby chwilę później składać się w winkle iście górskich serpentyn. Aby zakosztować węgierskiej serdeczności, w szczególnym stopniu zarezerwowanej dla Polaków. I aby przebierać w smakach i aromatach dziesiątków hungariców.

Tekst: Grzegorz Ciosk; zdjęcia: Mariusz Ignatowicz, Grzegorz Ciosk

Jeszcze raz, jak zawsze z wielkim entuzjazmem, planuję podróż na Węgry. Sama myśl o odwiedzinach u bratanków powoduje wybuch pozytywnej energii.

Lokalny koloryt. To sam początek naszej podróży
Ten pełen słońca kraj, odległy od południowych granic Polski o około pięć godzin jazdy, w niewyjaśniony sposób regularnie uświadamia mnie o swoim istnieniu i dopomina się kolejnej wizyty. Odliczam więc ostatnie godziny przed wyjazdem, a wspomnienie zapachów, którymi przepełnione są wzgórza i niziny ziemi Madziarów wywołuje błogi uśmiech na twarzy, pomimo szarugi panującej za oknem. Wreszcie nadchodzi ten dzień. Spotkanie z Mariuszem w umówionym miejscu i ruszamy w stronę granicy w Cieszynie.

Wycieczka w założeniu ma być bardzo węgierska – ominiemy kosmopolityczny Budapeszt, gdzie węgierskość jest częstokroć podawana tłumom zwiedzających w tej nieco lukrowanej, turystyczno-cepeliowskiej  wersji. Jedziemy na prowincję. Tam będziemy szukać prawdziwych węgierskich smaków i zapachów. U ich źródeł.

Język węgierski

W kwestii pochodzenia języka węgierskiego wciąż panują spory wśród językoznawców. Wiadomo, że nie zalicza się do dominującej w Europie rodziny języków indoeuropejskich. Według większości ocen, wywodzi się on z rodziny uralskiej, z grupy języków ugrofińskich, do której należą też fiński, estoński, lapoński (saami) a także języki syberyjskie.

Nad węgierskim morzem

Prognoza pogody dla Węgier jest niepewna. Szykujemy się na pogodowe niespodzianki i sporo wilgoci. Przejazd przez Czechy skrajem Beskidów Morawsko-Śląskich dostarcza pierwszą porcję deszczu. Mżawka stopniowo zmienia się w regularną ulewę, która jeszcze przybiera na sile wraz z pierwszymi kilometrami na ziemi słowackiej. W pobliżu pasma górskiego Javorríky granatowe chmury wiszą kilka metrów nad drogą.

Węgry są niezmiennie pełne słońca
Szybko jednak zjeżdżamy w kierunku Żyliny, leżącej w dolinie rzeki Váh. Tu jest już sucho. Wygodna autostrada, której rzeka towarzyszy jak przewodnik, prowadzi nas aż do Bratysławy. Coraz łagodniejsze pagórki znikają zupełnie jeszcze przed słowacką stolicą. Jesteśmy w rejonie tzw. basenu karpackiego, otoczonego przez Alpy, Karpaty i Góry Dynarskie.

Pewnie głównie takiemu właśnie położeniu Węgier, ale może również po części sentymentowi jakim darzę ten kraj, zawdzięczam niezmienność, z jaką słońce wita mnie zawsze u jego granic. Jak się wkrótce okaże nie opuści nas ono nawet na moment, grając na nosie sceptycznym prognozom. Pozostawiając powód w sferze domysłów i tym razem delektujemy się zalanymi słońcem połaciami Małej Niziny (Kisalföld). Jedziemy w stronę naszego pierwszego celu, a po obu stronach drogi Węgry wybuchają wiosenną obfitością w tysiącach barw i zapachów.

Dbałość o środowisko

Węgrzy znani są z poczucia estetyki, szczególnej dbałości o zachowanie piękna oraz umiłowania rodzimego krajobrazu. Kraj jest np. jednym z liderów promocji i rozwoju rolnictwa ekologicznego oraz tradycyjnej uprawy ziemi i hodowli zwierząt w Europie Środkowo-Wschodniej. Estetyka widoczna jest zresztą gołym okiem. Wystarczy przyjrzeć się przydrożnym rowom czy poboczom dróg (brak jakichkolwiek śmieci), żeby stwierdzić wyraźną różnicę w porównaniu z innymi krajami regionu.

Miasteczko Tata u podnóża pasma gór Gerecse dzięki obfitości źródeł krasowych pozwala nam poczuć się nieco jak w Finlandii.

Kojące oczy krajobrazy Średniogórza Zadunajskiego
W samym centrum znajdujemy widoki podobne do tych ze skandynawskich obrazków. Istnieją tu dwa spore jeziora. Stojąc nad brzegiem jednego z nich obserwujemy po drugiej stronie zabudowania tego samego miasta. Jeziora okalają zielone skwery poprzecinane alejkami, z których wielu Węgrów korzysta w celach sportowo-rekreacyjnych. Woda obfituje w mieście również za sprawą licznych kanałków oraz stawów rybnych na jego obrzeżach. Skandynawskie skojarzenia budzi zresztą nie tylko woda, lecz również panująca wokół czystość. O węgierskiej dbałości o zachowanie piękna rodzimego krajobrazu przekonamy się jeszcze nie raz.

Zostawiając za sobą Małą Nizinę porzucamy na dobre wygodne, lecz ruchliwe autostrady. Bocznymi drogami zagłębiamy się w rejon zwany Średniogórzem Zadunajskim (Dunántúli-középhegység). Ten delikatnie pofalowany teren, z licznymi pasmami niewysokich wzgórz wprawia co chwilę w zachwyt otwartymi połaciami soczyście zielonych o tej porze zbóż. Połykając kolejne wzniesienia jedziemy na spotkanie z „Morzem Węgierskim”. To nieco megalomańskie określenie Balatonu ukute zostało w czasach habsburskiego imperium, kiedy bawili tu jedynie goście z najwyższych sfer. Nie da się jednak zaprzeczyć, że rozmiar jeziora, szczególnie w zestawieniu z wielkością kraju robi wrażenie.

Papryka – „czerwone złoto”

Trafiła na Węgry prawdopodobnie za pośrednictwem Turków. Ponoć upowszechnienie się papryki na tutejszych stołach przypada na okres wojen napoleońskich, kiedy na wieś nie docierał pieprz, więc został zastąpiony „tureckim pieprzem”. Istnieją tu dwa wielkie centra uprawy papryki – Segedyn (Szeged) i właśnie Kalocsa. Smak i moc przyprawy determinowane są nie tylko przez jej odmianę, lecz również przez sposób suszenia i mielenia.

Pierwszy rzut oka na zielone wody akwenu wyłaniające się zza wzgórz wprawia w zdziwienie. Po tak płytkim jeziorze można by się spodziewać, że rozlane będzie wśród bagnistych nizin.

Papryka suszy się wszędzie
Jednak w miejscu do którego właśnie dojeżdżamy brzegi zbiornika wyraźnie zarysowane są przez zbocza sporych wzgórz, znikających w wodzie pod stromym kątem. To półwysep Tihany, pośród rozrzuconych dookoła jeziora krzykliwych turystycznych kurortów, zdecydowanie jedno z najbardziej niezwykłych miejsc nie tylko rejonu Balatonu, ale i całego kraju. Jadąc drogą wzdłuż zachodniego brzegu wyraźnie widzimy kiedy skręcić w lewo – wzgórza półwyspu wcinają się w wałkowatą formę jeziora pod prawie idealnie prostym kątem, tworząc na nim coś na kształt niedomkniętej bramy. Już po chwili wspinamy się w kierunku „Wzgórza Echa” we wiosce Tihany. Pełna turystów w sezonie, teraz żyje normalnym rytmem 1,5 tys. swoich mieszkańców i nielicznych przybyszów.

Otoczenie wciąga nas po uszy: oprócz tradycyjnej zabudowy wioski znajdujemy tu dwa bezodpływowe jeziorka, powstałe w miejscach niegdysiejszych kraterów.

Wiosna zawitała na Węgry dwa tygodnie wcześniej
Ze wzgórza obserwujemy wody Balatonu po obu stronach półwyspu. Klimatu dopełniają zapachy papryki i wina. Zostajemy do następnego dnia. Tu pojawia się mały problem związany z faktem, że większość pensjonatów odmawia przyjęcia gości na jedną noc. Sezonowa (i chyba nie tylko) popularność miejsca powoduje, że to tutejsi ustalają warunki. Z pomocą przychodzi Kakas Csárda, czyli karczma w samym sercu Tihany, oferująca również skromne noclegi. Kiedy cała wioska już śpi, w jej progach kończymy nasz motocyklowy nadbalatoński rekonesans nad talerzem mocno paprykowej rybnej zupy i kieliszkiem świetnego czerwonego wina.

Balaton

Jezioro Błotne – największe jezioro Węgier i zarazem Europy Środkowej, położone w północno-zachodnich Węgrzech, na Nizinie Panońskiej, u południowych podnóży Lasu Bakońskiego. Balaton jest płytkim (największa głębokość 12 m) jeziorem pochodzenia tektonicznego. Jego długość wynosi 77 km, szerokość od 2 do 15 km. Położone jest na wysokości ok. 104 metrów n.p.m.

Wśród węgierskich kowbojów

Jak można się ekscytować perspektywą jazdy po rozciągającej się po horyzont i wydającej się nie mieć końca równinie? Trudno wytłumaczyć ten fenomen bez odwiedzin Wielkiej Niziny Węgierskiej (Nagyalföld).

Papryka, jeden z symboli Węgier
Po przeprawie promowej z półwyspu Tihany na drugi brzeg Balatonu właśnie zmierzamy na południowy wschód. Wkrótce osiągamy Dunaj, który płynąc od Budapesztu prawie idealnie w kierunku południowym zdaje się dzielić kraj na dwie części. Po drugiej stronie zaczyna się przedsmak tego wszystkiego, czym bogate jest węgierskie południe. Przed sobą mamy dwa miasta rozsławione w Europie jako stolice węgierskich specjałów. Zbliżając się do miasta Kalocsa, słynącego z przerobu jednego z węgierskich symboli – papryki, mijamy skąpane w słońcu tereny upraw tego czerwonego złota oraz połacie zajęte przez długie i równe rzędy zaczynających dopiero rodzić zielone owoce winorośli.

Kalocsa przeżywa swój istotny moment co roku w okresie zbiorów papryki. O tej porze dachy większości tutejszych domów uginają się pod ciężarem suszących się pod nimi licznych wiązek tego specjału. Teraz, wiosną, pozostaje nam wizyta w lokalnym muzeum papryki, objaśniającym historie z nią związane oraz zapoznającym ze sposobami jej przerobu.

Hungaricum

Tą nazwą przyjęło się określać typowe dla kraju Madziarów produkty. W skrócie rzecz ujmując, należą do nich przede wszystkim:

  • papryka (paprika) w bogactwie odmian: słodka (édes, édesnemes), ostra (csipős, erős), sproszkowana (darált), w postaci pasty (np. erős pista);
  • marynaty (savanyúság), np. nadziewane marynowane papryczki;
  • salami (szalami) np. tradycyjnych producentów Pick lub Herz;
  • kiełbasa z Gyuli (gyulai kolbász); aromatyczny ser (pálpusztai sajt); wyroby marcepanowe;
  • wino z jednego z wielu regionów winnych;
  • palinka, czyli miejscowa wódka owocowa;
  • likiery, wśród których prym wiodą te produkowane przez firmę Zwack;
  • wyroby z wikliny, ceramika i regionalne nagrania muzyczne.

Jedynie 40 kilometrów stąd znajduje się miejsce związane z innym hungaricum – Baja – stolica zupy rybnej.

Muzeum papryki i autor tekstu
Na Wielkie Święto Rybnej Polewki odbywające się tu w lipcu przyjeżdżamy nieco za wcześnie. Nawet jednak jeśli akurat całe miasto nie zajmuje się rywalizacją w jej przyrządzaniu, a na ulicach nie dymią kociołki z aromatyczną strawą możemy być pewni, że degustacji dokonamy w każdej z naddunajskich knajpek, co też skwapliwie czynimy. Pełne żołądki umożliwiają pełny odbiór klimatu, którym charakteryzuje się Wielka Nizina. Po wymownej kulinarnej lekcji węgierskości kierujemy się do serca niziny, w stronę owianej legendami puszty, wciąż na wpół dzikiego stepu, falującego od wieków morzem bujnych traw. Najrzadziej w kraju zaludniona Wielka Nizina tu wyludnia się niemal zupełnie. Skręcając z drogi w kierunku Kecskemét do wioski Bugac czujemy już przedsmak tego miejsca. Bezkresna i bezdrzewna równina wyłania się co chwilę pomiędzy drzewami rosnącymi wzdłuż drogi. Nieutwardzone trakty odchodzące na boki prowadzą do samotnych zagród (tanya), które jako forma osadnicza są jednym z fenomenów puszty. Jeszcze kilka kilometrów i oto stoimy przed zjazdem do wioski oraz do jej niewielkiej kolonii Bugacpuszta, która jest bramą do Małokumańskiego Parku Narodowego (Kiskunsági Nemzeti Park).
Z tych winogron powstanie Egri Bikaver
Wrażenie jest niesamowite: znajdujemy się nagle jakby w innym świecie, wyjętym z legend i dawnych historii. Piaszczysty trakt przecina w linii prostej kołyszące się, bujne trawy. W oddali samotne zabudowania oraz nieodłączny element puszty – samotny żuraw nieczynnej już studni. U wejścia do rezerwatu stoi zapraszający gości do późnej nocy budynek Karikás Csárda. Karczma jest namiastką przywodzącą wyobrażenie stylu życia dawnych pasterzy puszty – czikoszów (csikós) oraz rozbójników rządzących się własnymi, niepisanymi prawami. Chętnych na potwierdzenie swoich wyobrażeń rezerwat zaprasza na podróż (konną oczywiście) do serca puszty, pomiędzy porośnięte jałowcami ruchome wydmy, bagna i moczary, gdzie czikosi prezentują swój kunszt porozumienia i ujeżdżania wpół dzikich rumaków, szczególnie podczas kulminacyjnego pokazu „piątka w dłoni”. W ten oto sposób nudna równina przemienia się na naszych oczach w pełną tajemnic, dziką i dynamiczną krainę, obfitującą w nieskończoną ilość miejsc wartych odkrycia.

Puszta

Rozległy step na Wielkiej Nizinie Węgierskiej, w dolinie Cisy, dawniej porośnięty trawą, wykorzystywany jako pastwiska. Dziś w dużej mierze zagospodarowany pod uprawy rolne.

Gry ze światłem

Szosa nr 33 jest moją ulubioną węgierską drogą, prawdopodobnie jedną z najciekawszych w tym kraju. Łączy piękny Debreczyn (Debrecen) oferujący wszystko, z czego słynie Wielka Nizina ze skrajem Średniogórza Północnego. Miejsca przez które ją poprowadzono sprawiają, że na końcu chcesz zawrócić i jechać w drugą stronę, by przeżyć to jeszcze raz.

Droga podła, gdyż jest tu rezerwat przyrody
Tym razem wjeżdżamy na 33-kę w okolicach Hajdúszoboszló, miasta o nazwie, która niejednemu Polakowi zapala lampkę w głowie. Mieści się tam chyba pierwszy odkryty na nowo przez Polaków kompleks kąpieliskowy, wykorzystujący min. wytryskujące na powierzchnię wody głębinowe o temp. 73˚C. Kilka kilometrów dalej docieramy do Hortobágy. Nazwa ma wiele znaczeń: to historyczna wioska, nazwa puszty i parku narodowego. Jednego możemy być pewni: Hortobágy niezmiennie przywołuje na myśl bezkres stepu z jego kochającymi wolność pasterzami, samotnym żurawiem i przydrożnymi czardami. Po posiłku w jednej z nich – osławionej dwustuletnią historią i odwiedzinami samego Sándora Petőfi – Nagyhortobágyi Csárda, ruszamy, aby przejechać kilkadziesiąt najbardziej zapadających w pamięć węgierskich kilometrów. Jedziemy prostą po horyzont drogą, po obu stronach mając bezkresne równiny, ze swobodnie pasącymi się stadami owiec. Sporadycznie pojawiające się samotne zabudowania farmerskie podkreślają jeszcze atmosferę dzikości miejsca. Całość zdaje się wzlatywać w szeroko otwarte niebo, okraszone pomarańczowym światłem zachodzącego słońca. W oddali widać koniec prostej – zmniejszamy więc prędkość i składamy motocykle w łuk drogi. Pojedynczy zakręt zdaje się być jedynie korektą kierunku dla nowej prostej, która po nim następuje. Wychodzimy z łuku i nagle otaczające stepy zupełnie zmieniają barwy, dzięki padaniu światła pod innym kątem. Wrażenia, których i tak nie mieliśmy dość, pozwalają się teraz przeżywać na nowo. U kresu drogi od zawrócenia powstrzymuje nas jedynie zapadający zmrok.

Kąpieliska termalne

Węgry są szczególnie bogate w wody lecznicze, źródła termalne i mineralne. Istnieje tu ponad 1300 cieplic, na bazie których stworzono ok. 400 obiektów leczniczych i rekreacyjnych. Budapeszt to jedyne na świecie wielkie miasto, w którym istnieje 130 źródeł termalnych i studni artezyjskich. Na prowincji znanymi obiektami leczniczymi mogą się pochwalić min. Bük, Harkány i Hajdúszoboszló.

W sercu winnej krainy

Im bliżej do węzła z autostradą M3, tym więcej pojawia się pagórków i zakrętów. To naturalny znak, że żegnamy Wielką Nizinę, wjeżdżając w Średniogórze Północne (Északi-középhegység), krainę słonecznych zboczy porośniętych winoroślami oraz dwóch światowej sławy regionów winnych – Egeru i Tokaja.

Węgierska puszta ciągnie się po horyzont
Wizyta na Węgrzech bez odwiedzin w jednym z najznamienitszych miejsc związanych z tym najchętniej degustowanym hungaricum byłaby niepełna.

Wino jest jednym z największych węgierskich kulinarnych skarbów. Dość przyjąć za dowód, że towarzyszy ono prawie wszystkim wydarzeniom związanym z kuchnią (i nie tylko) tego kraju. Można odnieść wrażenie, że niektóre z tych wydarzeń są w znacznej mierze pretekstem dla dobrej zabawy, której towarzyszą strumienie bachicznego trunku. „Nie masz wina nad węgrzyna” utarło się kiedyś mówić w Polsce. Dojeżdżając do Egeru, rozmyślamy już nad tym, że ponownie będziemy mogli potwierdzić tę odwieczną atencję Polaków dla smaku i bukietu, który rodzi się w egerskich winnicach.

Kilkadziesiąt minut drogi pieszo dzieli centrum Egeru od pewnej znanej dolinki. Odległość tę codziennie pokonują międzynarodowe pielgrzymki mniejszych i większych znawców i amatorów szkarłatnych, purpurowych i rubinowych napitków, opalizujących przez szkło kieliszków w słabym świetle piwniczek.

Z takiej pipety w piwnicach Egeru nalewane jest wino
W Dolinie Pięknej Pani (Szépasszony-völgy) znajdziemy szeregi piwniczek, w których przebierać można w ofercie win miejscowych szczepów (niektóre wina czerpane są bezpośrednio z beczki) i innych węgierskich odmian. To stąd pochodzi słynna Bycza Krew (Egri Bikavér). Wyjaśnienia wymaga fakt, że butelki z taką etykietką sprzedawane powszechnie w Polsce, o podejrzanej zawartości winopodobnym napitku alkoholowym, nie mają nic wspólnego z walorami wina o tej samej nazwie, podawanego w lokalach Egeru i całych Węgier. Jeśli nie zachwyciły kogoś egerskie wina z polskich półek, to zasadną będzie decyzja o podróży w te strony. Przyjeżdżając do Egeru zmienimy na bez porównania lepszą opinię o jego winach, tak samo jak przyjeżdżając na Węgry prawdopodobnie zrewidujemy szereg stereotypów na temat tego kraju.

Winkle na koniec

Z punktu widzenia motocyklisty rozpoczyna się właśnie jeden z najciekawszych odcinków naszej trasy. Wyjeżdżając z Egeru na północ drogą nr 25, a później na zachód drogą nr 23, wpadamy w długi ciąg zakrętów podciągających poziom adrenaliny na wyższy poziom.

Trampek po takich drogach radził sobie nieźle. Gorzej z ZZR-em
Kolejne winkle drogi prowadzącej najpierw obrzeżem przepięknych Gór Bukowych (Bükk), a później dolinami na północ od masywu Mátra zmieniają się miejscami w efektowne serpentyny. Jazda tędy to prawdziwa radość i pozytywnie nastawiający szczegół na koniec wycieczki.

Z drugiej strony żegnamy już Węgry, zanim zdążyliśmy się nimi w pełni nasycić. Miejsca, które odwiedziliśmy są jedynie namiastką wrażeń, jakie oferują. Towarzyszy nam świadomość ogromnej ilości pozostałych, które ciągle na nas czekają. Pewnie za jakiś czas dopomną się o kolejną wizytę. Żal opuszczać kraj Madziarów. Na szczęście pozostanie ze mną na jakiś czas aromat tutejszych nizin i wzgórz, pod postacią zapasu pachnących hungariców.