Od redakcji

Witamy na naszych łamach nowego blogera, Artura Kufla. Więcej o nowym autorze na dole tekstu.

 

Wspomnienie pierwsze

Jest rok 1994. Ja na swoim wymarzonym motocyklu, Yamaha Virago 700, mknę austriackimi autostradami w kierunku włoskiego Livorno. Stąd promem jeden żabi skok do motocyklowego raju – na Korsykę. Po drodze dołącza do mnie mój serdeczny kolega – jedzie na DR BIG 800. Wyglądamy jak Patafil i Filopat, pomykamy tak niespiesznie razem pięknymi drogami Korsyki. Jest super, choć mój wymarzony motocykl okazuje się dość kiepskim „turystą”. Natychmiast po powrocie z Korsyki postanawiam sprzedać Virago i szukam motocykla do podróży. Mam łzy w oczach, nie mogę się pogodzić z tym, że mój wymarzony, najpiękniejszy motocykl świata, za którym ogląda się na ulicy każdy, okazał się tak mało przydatny do turystycznej jazdy! Cóż, trzeba podjąć męską decyzję i kupić coś, co wygląda o wiele gorzej (no bo przecież nic nie wygląda lepiej niż ociekający chromami chopper), ale za to lepiej jeździ. Virago znajduje nowego właściciela, a ja z bólem serca dosiadam Yamahę TDM850.

 

Mieć czy być?

 

Wspomnienie drugie

Powstaje pomysł na wyprawę. Jest plan, trochę odłożonego grosza i zaczyna się poszukiwanie towarzystwa. Przecież sam nie pojadę: z kim trzeba się dzielić na bieżąco wrażeniami, ktoś musi mi pomóc jak motocykl odmówi posłuszeństwa, z kimś trzeba po powrocie powspominać wyjazd przy piwie. Rzucam publicznie hasło wyjazdu w knajpie motocyklowej (przecież nie ma fejsa, twittera ani w ogóle internetu) i rozsyłam wici pocztą pantoflową. Oddźwięk jest natychmiastowy, chętnych co niemiara. Ustalamy termin. Pierwsi chętni odpadają, bo termin im nie pasuje. Im bliżej terminu wyjazdu, tym więcej rezygnuje. Ogólny brak kasy. Trzeba kupić nowy samochód. Muszę zmienić sprzęt. Za daleko. Za długo. Nie mam kufrów. Problemy się mnożą, a ekipa topnieje. Wyraźnie widać brak determinacji – widocznie mają inne priorytety. Bardzo krytycznie na nich patrzę, a ich sposób motocyklowania (połączenie słów motocykl i podróżowanie) bardzo mnie irytuje. Co z nich za motocykliści? Przecież można pojechać starym sprawnym sprzętem, a gotówkę zainwestować w paliwo i kempingi. Albo pojechać po kasę na miesiąc do Norwegii na truskawki.

 

Na koniec zostaje trzech najbardziej zdeterminowanych przyjaciół, którzy się ze mną zabiorą. Na wycieczce jest super. Liczy się jazda, czasem zwiedzanie, poznawanie innych kultur, ludzi, zupki w proszku i makaron z parówkami z puszki. Parówki koniecznie muszą być pokrojone pod skosem w eleganckie plasterki. Najlepsze są w sosie pomidorowym, choć kupić je trudno.

 

Mieć czy być?

 

Wspomnienie trzecie

Rok 1996. Oleksego po aferze „Olina” zastępuje Cimoszewicz. Powstają sieci telefonii komórkowej Era i Plus, a Szymborska odbiera w Oslo Nagrodę Nobla. Ja w tym czasie w Szkocji kupuję swoją pierwszą, wyśnioną i wymarzoną tekstylną kurtkę. To dla mojego portfela ogromny szok cenowy, ale przez kilka tygodni nie mogę od niej wzroku oderwać. Chodzę i jeżdżę w niej na okrągło. Dla moich kolegów, taka tekstylna kurtka to niesamowity szok cywilizacyjny. Wszyscy oni jeżdżą w skórach – tylko one są w Polsce dostępne, o motocyklowej odzieży tekstylnej niektórzy tylko słyszeli.

 

Mieć?

 

I tylko jedna refleksja

Od tamtych lat minęło już sporo czasu i właściwie wszystko co się tyczy motocykli i motocyklizmu mocno się zmieniło. Motocykle dobrej klasy stały się szeroko dostępne, a ich ceny coraz bardziej przystają do polskiej rzeczywistości. Porządne ubranie czy systemy pakowania bagażu leżą w każdym motocyklowym sklepie i tylko proszą, by je ktoś kupił. Sami motocykliści przez te niemal 20 lat się nie zmienili. Nadal determinacja i życiowe priorytety wyznaczają ich turystyczne i wyprawowe ścieżki. Nietrudno usłyszeć te same tłumaczenia co przed laty. Powody rezygnacji z podróży są nadal takie same. Do dawnych wymówek doszła jeszcze jedna – rodzina. Ja jednak już nie patrzę na te wszystkie wymówki tak krytycznie jak kiedyś. Już mnie one prawie w ogóle nie irytują. Zrozumiałem, że każdy ma prawo do ustalania w życiu swoich własnych priorytetów i nikt nie powinien go oceniać. Jak ktoś chce zmienić motocykl na nowszy to niech zmienia. Jak woli pojechać na trzy tygodnie z rodziną do Chorwacji a nie motocyklem z kolegami – to tylko i wyłącznie jego sprawa.

 

Co i Wam wszystkim polecam.

 

Artur „Misja” Kufel

Krakowianin, rocznik 1965. Motocyklista z krwi i kości – jeździ motocyklem od 31 lat. Pasjonat turystyki motocyklowej od zawsze. Instruktor nauki jazdy kat. A i B. Jednoślad kupił  w wieku 16 lat – dwubiegowy Romet. Pierwszy prawdziwy motocykl: dziewięcioletnia Honda CB400N, kupiona w 1987 r. za cenę nowego malucha. Obecnie dosiada Yamahę TT600, Yamahę FJ1200, Yamahę WHY50.

 

Motocykl-marzenie: zawieszenie i rama KTM LC4; prostota konstrukcji, waga, prowadzenie i pozycja za kierownicą TT600, silnik BMW R800GS. Największy sentyment czuje do Yamahy TDM850 (pierwszy model ze słynnymi, dwoma wielkimi, okrągłymi reflektorami z przodu).

 

Najbardziej niebezpieczna przygoda podczas podróży motocyklowej: właściciel kempingu na Korsyce mierzył do niego z dubeltówki (wcześniej było słychać jak ją ładuje).

Jest współzałożycielem szkoły Motomagart.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratował
Następny artykułDrogi. Obwodnica Poznania prowadzi na pole. Bo mieszkańcy protestowali

Krakowianin, rocznik 1965. Motocyklista z krwi i kości – jeździ motocyklem od 31 lat. Pasjonat turystyki motocyklowej od zawsze. Instruktor nauki jazdy kat. A i B. Jednoślad kupił w wieku 16 lat – dwubiegowy Romet. Pierwszy prawdziwy motocykl: dziewięcioletnia Honda CB400N, kupiona w 1987 r. za cenę nowego malucha. Obecnie dosiada Yamahę TT600, Yamahę FJ1200, Yamahę WHY50.

Jest współzałożycielem szkoły Motomagart.

6 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!