Kolega kierownik sam wymyślił tytuł poprzedniego wpisu i zrobił ze mnie dinozaura. Pal licho, mogę być i dinozaurem. Jednak po tym wszystkim poprosił mnie jeszcze, bym kontynuował na blogu refleksje historyczne! No dobra, odmówić mu nie mogę – przecież jest kierownikiem, choć zastrzegam, że ja dinozaurem się jeszcze nie czuję.

Są przaśne lata 80. poprzedniego wieku. Po polskich drogach jeżdżą  motocykle (a może raczej „motocykle”) z krajów bratniego obozu: polskie Wueski, czechosłowackie Jawy i Cezetki oraz niedoścignione pod każdym względem Emzetki z NRD. Jako piętnastolatkowi nie przysługuje mi prawo jeżdżenia którymkolwiek z tych produktów motocyklopodobnych. Emzetka jest marzeniem dalekiej przyszłości, zaś marzeniem bliższej – polska motorynka.

Motorynka, przedmiot mych marzeń
To na owe czasy konstrukcja supernowoczesna: silniczek z Nowej Dęby napędza prześmieszny, malutki pojazdek na malutkich kółeczkach, coś pomiędzy motorowerem a skuterem. Taki pojazd jest obiektem moich młodzieńczych westchnień. Pomijając fakt, że zakup jest ściśle reglamentowany, to jako młody chłopak nie dysponuję odpowiednią gotówką, a i rodzice mój pomysł akceptują dość słabo. Cóż robić – trzeba się samemu zabrać do roboty. Jako że mój chrzestny ma w Sandomierzu tzw. hektary, gdzie hoduje pomidory i porzeczki, to jeżdżę do Sandomierza i zbieram. Odkładam też co miesiąc kupkę banknotów z uzyskanego stypendium sportowego – i dość szybko odpowiednią kwotę udaje mi się doskładać. Jednak w komunistycznej rzeczywistości nie ma lekko: motorynki nie można kupić, musi mi wystarczyć używany motorower marki Romet (wersja dwubiegowa, ze zmianą biegów na kierownicy).

Motorower Romet

Nieważne, jestem w ekstazie, czuję się jak wystrzelony niedawno w kosmos Hermaszewski. Z Rometem niemal sypiam, jeżdżę nim wszędzie: po mieście, na treningi i na ryby, wyglądam przez okno by na niego z czułością popatrzeć, mam łzy w oczach gdy pada deszcz. Ten związek do łatwych jednak nie należy i wymaga wielu wyrzeczeń. Po każdej jeździe trzeba czyścić gaźnik (takiej jakości jest w PRL paliwo), a ojciec widząc moje umorusane smarem ręce chce mnie nawet wydziedziczyć. Benzyna jest wtedy na kartki, na motorower przypada 9 litrów na kwartał (wyobrażacie to sobie?!). Pewnego razu muszę nawet swój motocykl pchać przez dwie godziny do domu, lecz liczy się tylko jedno – jazda.

Emzetka, królowa polskich szos

 

Teraz czasy są inne. Podróż na działkę możemy zamienić na wyprawę w Alpy, a socjalistyczne pierdzipędy – na normalne motocykle. Może niekoniecznie nówki z salonu, ale jakże inne. Inne są chyba jednak nie same marzenia, ale raczej możliwości ich realizacji. Jedziemy na dwa miesiące do Norwegii na truskawki czy do Niemiec na szparagi – i pierwszy motocykl już stoi na parkingu pod blokiem. Ba, wystarczy nie przepuszczać w weekend 500 zł co tydzień i po dwóch miesiącach mamy odłożone 5 tysięcy. Za taką kwotę można kupić już całkiem sensowny motocykl – ostatnio pomagałem byłej kursantce w zakupie zadbanej Hondy CB500 na pierwszy motocykl właśnie za niecałe 5 tysięcy zł. Za taką kwotę można również uskutecznić niezłą podróż. Moje dwa tygodnie w Maroku (z samolotem, transportem motocykla i promem) kosztowały znacznie mniej.

 

Da się? Oczywiście, że tak, trzeba tylko mieć w sobie odpowiednią ilość determinacji, a współczesny świat daje nam wręcz nieograniczone możliwości. Dlatego bardzo mnie irytuje bezkrytyczne (wobec siebie samego) narzekanie na brak środków finansowych na realizację motocyklowych marzeń. Wystarczy chcieć i podporządkować tym chęciom kawałek swego życia. A wtedy marzenia się spełnią.


Artur „Misja” Kufel

Krakowianin, rocznik 1965. Motocyklista z krwi i kości – jeździ motocyklem od 31 lat. Pasjonat turystyki motocyklowej od zawsze. Instruktor nauki jazdy kat. A i B. Jednoślad kupił  w wieku 16 lat – dwubiegowy Romet. Pierwszy prawdziwy motocykl: dziewięcioletnia Honda CB400N, kupiona w 1987 r. za cenę nowego malucha. Obecnie dosiada Yamahę TT600, Yamahę FJ1200, Yamahę WHY50.


Motocykl-marzenie: zawieszenie i rama KTM LC4; prostota konstrukcji, waga, prowadzenie i pozycja za kierownicą TT600, silnik BMW R800GS. Największy sentyment czuje do Yamahy TDM850 (pierwszy model ze słynnymi, dwoma wielkimi, okrągłymi reflektorami z przodu).


Najbardziej niebezpieczna przygoda podczas podróży motocyklowej: właściciel kempingu na Korsyce mierzył do niego z dubeltówki (wcześniej było słychać jak ją ładuje).


Jest współzałożycielem szkoły Motomagart.

3 KOMENTARZE

  1. Ja zaczynałem właśnie od motorynki. Była śliczna – niebieska, nowiutka – prosto z GSu, miała trochę inną kanapę i kierownicę niż ta na zdjęciu. To było w roku 1986. Miałem wtedy 8 lat i to był prezent na komunię od mojego Taty… To od tego wszystko się zaczęło.

  2. Moja był śliczna, ale czerwona, już z biegami w nodze, też nówka ze sklepu. Miałem wtedy 14 lat i był rok 1984 zeszłego wieku… ;-)
    Cudownie wspominam tamte śmiganie, jakże wtedy też nieświadome i beztroskie, bez kasku (nie był wymagany, trudno dostępny) , zwykła kurtka i dużo dużo szczęścia , że się nic nie stało przez te parę lat na niej. No i bena na kartki mieszana razem z olejem na stacji benzynowej…
    Miło mi się to wspomina.

  3. Też śmigałem motorowerkiem romet z biegami w rączce.
    Podróż do Grajewa – niezapomniana. W drodze deszcz i nocleg w hotelu robotniczym. Myślałem że zamarznę żywcem, tak mnie po deszczu trzęsło. I to emocjonujące wyprzedzanie traktorów, bo co szybszych rowerzystów to się nie dało tak łatwo łyknąć :-)
    Dziś jeżdżę po całej Europie i tamta podróż wydaje się śmieszna, ale nie dla mnie. To była przygoda.
    Wiatr we włosach i komary w oczach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!