Pasjonatem motocyklowego stylu życia stałem się w 2001 roku za sprawą mojego serdecznego przyjaciela Dominika, choć okrutne koleje losu sprawiły, że czynnym motocyklistą jestem dopiero od paru lat. Do pamiętnego roku 2001 uważałem, że trzeba być skończonym idiotą, żeby zamiast bezpiecznej zmechanizowanej klatki Faradaya wybierać wyposażony w nic jednoślad o morderczym stosunku mocy do masy. Przewaga samochodu wydawała się oczywista: nie kapie na głowę, nie trzeba przywdziewać śmiesznego stroju, no i prawdopodobieństwo dożycia sędziwego wieku jest nieporównywalnie większe.

 

Dlatego z politowaniem patrzyłem na oszołomów śmigających na szlifierkach, z dezaprobatą kiwałem głową, kiedy jakiś domorosły „fachowiec” od akustyki wydechu z dumą prezentował swe osiągnięcia na osiedlu. „Durnie. Wszystko durnie” – myślałem pysznie.

 

Aż nadszedł dla mnie niezwykle trudny czas w życiu. Czas zagubienia i prób odnajdywania własnej wartości ponownie. Na szczęście mogłem liczyć na pomocną dłoń mojego przyjaciela, który naprawdę dwoił się i troił by jakoś ulżyć mi w cierpieniu.

 

Nie wiem czy w przebłysku geniuszu, czy z przypadku podjechał pewnego dnia pod mój blok piękną okufrowaną Hondą ST?, NT? Nie pamiętam. I kaskiem. Mimo mojego sprzeciwu – co by nie mówić, nikłego – zapakował mi głowę w garnek a tyłek na kanapę i pomknęliśmy w miasto. Dziś taka wycieczka nosiłaby znamiona przekroczenia granic męskiej przyjaźni na rzecz tęczowych stosunków, ale wtedy nasze głowy wolne były na szczęście od obyczajowych nadinterpretacji.

 

To krótkie doświadczenie całkowicie wyzwoliło mój umysł ze zdrożnych sądów na temat motocyklowej braci. Zrozumiałem. Kiedy wróciliśmy pod mój blok uświadomiłem sobie, że przez te półtorej godziny ani razu nie zmącił moich myśli smutek związany z trudną sytuacją, w jakiej się znalazłem. Podróż w charakterze „plecaczka” wystarczyła, by zakochać się w motocyklach na zabój. Nie jest to miłość łatwa, bo wciąż wielu ludzi albo jej nie akceptuje, albo nie rozumie. Nawet moja lepsza połowa nie wyobraża sobie wspólnej podróży jednośladem, i to pomimo rozlicznych bardziej lub mniej subtelnych zachęt z mojej strony. Chwała jej, że nie postawiła mi, jak żony niektórych moich kolegów, ultimatum: „albo ja,albo motór”, bo pewnie dołączyłbym do ich klubu bikera-rozwodnika.

 

Kolejne lata niecierpliwego oczekiwania na możliwość spełnienia swego marzenia (wiadomo: zawsze coś ważniejszego) utwierdzały mnie w przekonaniu, że jest coś wyjątkowego w motocykliźmie: każdy, kto zdejmował przed moją kawiarnią garnek z głowy, prezentował na twarzy wzorcowego banana. Coś w tym po prostu musiało być.

 

I jest faktycznie. Choć szczerze przyznaję, że podróżowanie motocyklem to nie bułka z masłem, a doświadczenie bliższe ciężkiej, satysfakcjonującej fizycznej pracy, niż typowej epikurejskiej przyjemności. Doceniłem jednak i to. Zmęczenie po kilkuset kilometrach popylania sprzętem ma w sobie błogość i satysfakcję z dobrze wykonanego zadania.

 

Czasem tylko zastanawiam się jaką rolę odgrywają w tym zjawisku młodzieńcy na dwustukonnych sportowych maszynach, odziani w lśniące nowością skóry i nieskazitelnie błyszczące kaski, przejeżdżający rocznie dwa tysiące kilometrów. Koniecznie w towarzystwie nienagannie odzianych w podobne stroje wychudzonych dziewcząt.

 

Nasuwają mi się słowa pana Zenka, do którego czasem chodziliśmy na dziorgę: „Dejta spokój, to guguły. Ładne, ale niedojrzałe. Poczekajta jeszcze, to dobre będą.”

 

Dlatego, życzę Wam, drogie guguły, abyście dobre były: pokorne, uprzejme i przewidujące.

4 KOMENTARZE

  1. Szybko szufladkujesz ludzi. najpierw wszyscy motocykliści byli durniami, teraz skoro sam jeździsz tylko ci na sportach… Widzę, że tylko to co ty robisz jest idealne…
    Motocykl czy to chopper, ścigacz czy turystyk daje właścicielowi frajdę i o to w tym chodzi.

    • Przyznaję, że zaszufladkowałem kiedyś wszystkich motocyklistów jako durniów. Ale napisałem także, że później zrozumiałem o co chodzi z tą pasją. O niektórych kolegach na „sportach” napisałem ironicznie, bo chodziło mi o pewną wąską grupę pozerów, którym nie chodzi o frajdę, tylko o rwanie lasek. Co zaś się tyczy ostatniego zdania Twojego wpisu – zgadzam się w 100%. Pozdrawiam i szerokości!

  2. „Dziś taka wycieczka nosiłaby znamiona przekroczenia granic męskiej przyjaźni na rzecz tęczowych stosunków, ale wtedy nasze głowy wolne były na szczęście od obyczajowych nadinterpretacji.” – jakże aktualne ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!