Przez całą Europę – z północy na południe, ze wschodu na zachód – można już przejechać, nie wyjmując z kieszeni dowodu osobistego. Szczątkowa kontrola czeka nas wprawdzie na promie do Skandynawii czy na śródziemnomorskie wyspy, jednak jeśli nasza podróż odbywa się na kołach – nawet bardzo skrupulatnym w tym względzie do niedawna Szwajcarom wystarczy pobieżne spojrzenie na numer rejestracyjny motocykla.

Taka – teoretycznie możliwa – jazda bez przystanku do Lizbony, Aten czy Rzymu zatraciła dla mnie jakąkolwiek magię. Za każdym razem przejeżdżając granicę w strefie Schengen tęsknie spoglądam na znudzonego celnika czy pogranicznika – a może mnie jednak przetrzepie? Może włoska doganiere uzna, że moja słowiańska gęba jest choć trochę podejrzana? Może mój wzrok skrzyżowany z austriackim zollnerem wyda się mu na tyle bezczelny, by odwołać mnie na kontrolę osobistą? Choćby tylko otwarcie kuferków! Choćby drobne spytki – dokąd? po co? na jak długo? Jakże przyjemnie, z jakim poczuciem satysfakcji można by wtedy wjeżdżać choćby tylko na Litwę! Jak smakowałby wtedy zwykły weekendowy wypad w słowackie Tatry!

Niestety, płonne me nadzieje. Po wejściu Polski do strefy Schengen tylko raz, gdy pomyliłem wjazd na polsko-niemieckiej granicy, niemiecki umundurowany urzędnik kazał mi otwierać kufer. Bardziej zresztą chciał pokazać swoją władzę i przy okazji zbadać trzeźwość mojego oddechu, niż szukał rzeczywiście w bagażu papierosów, alkoholu czy afrykańskiego imigranta.

Jeszcze 20 lat temu przekraczaniu granic w Europie towarzyszył niezwykły dreszczyk emocji. Pamiętam oddechy ulgi całej rodziny, gdy po godzinnej odprawie celnej udawało nam się w końcu podomykać rozbebeszone przez celników na przygranicznym stoliku walizki. Pamiętam poczucie szczęścia i euforii, gdy wreszcie dużym fiatem z przyczepą wjechaliśmy po dwóch godzinach spędzonych na granicy do bratniej Czechosłowacji czy NRD. Teraz nawet poczciwy ukraiński tamożnik domagając się bzdurnych dokumentów czy czepiając krzywo ustawionych reflektorów robi to „na niby”. Wiadomo, że jego wątpliwości rozwieje odpowiednia wkładka w dowodzie rejestracyjnym.

Ten dreszczyk emocji, towarzyszący przekraczaniu granic, to dla mnie często jedno z najsilniejszych wspomnień z dawnych podróży. Aby go przeżyć w XXI wieku trzeba pojechać gdzieś dalej, najlepiej na wschód. A są przecież państwa, gdzie odprawa celna potrafi zająć cały dzień! Są przecież zawodowi „pomagacze”, którzy żyją z tego, że zagubionych podróżnych za odpowiednią opłatą oprowadzają w odpowiedniej, ściśle ustalonej kolejności do kolejnych okienek, pomagając przy okazji wypełnić stosy dokumentów i zebrać dziesiątki podpisów, pieczątek, zezwoleń i Bóg wie czego jeszcze. Dla mnie przekraczanie takich granic jest zawsze nieodłącznym elementem podróży i niesamowicie ją uatrakcyjnia. Na taką granicę czekam z utęsknieniem, zastanawiając się czym teraz dam się zaskoczyć.

I pomimo wszelkich udogodnień, związanych z bezproblemowym podróżowaniem po całej Europie, właśnie tego dreszczyka emocji na granicy w Cieszynie czy Zgorzelcu czasem mi brakuje.

Mariusz Ignatowcz

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBieszczady. Honda Transalp wśród niedźwiedzi i rysi
Następny artykułPakowanie. Wzięłabym wszystko, tylko jak?
Z wykształcenia arabista. Z zawodu – dziennikarz od ponad 20 lat. Był m.in. korespondentem „Rzeczpospolitej” i PAP w Sankt-Petersburgu, redaktorem naczelnym „Gazety Finansowej”, a także zastępcą redaktora naczelnego „Pulsu Biznesu”. Na motocyklu lubi podróżować indywidualnie. Interesuje się kulturą Bałkanów i tam często planuje swe motocyklowe podróże. Oprócz turystyki motocyklowej uwielbia nurkowanie. Zna cztery języki, w tym arabski.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zapisz się na MV-newsletter!